Reklama

"Kasiu, odezwij się" - proszą rodzice

01/03/2011 09:36
Po raz kolejny za sprawą "Gazety Kartuskiej" wracamy do sprawy zaginionej przed ćwierć wieku Kasi Matei z Kiełpina. Telewizja Polsat wyemitowała zapowiadany wcześniej program na temat wykradzionej ze szpitalnego Oddziału Dziecięcego w roku 1986 7-miesięcznej dziewczynki.

Reporterzy dotarli zarówno do rodziny Kasi, jak również policjantów (wtedy milicjantów) prowadzących w latach 80. śledztwo w sprawie zaginięcia dziewczynki. Podobnie jak w reportażu w naszej gazecie, najbardziej za serce ściskały słowa matki i ojca, przypominające koszmar sprzed lat, z którym przyszło im się zmierzyć. Podobnie jak wcześniej my, również dziennikarze Polsatu główny wątek tej dramatycznej historii oparli na dramacie straty dziecka - szoku, bólu który musieli przeżywać w połączeniu z... oskarżeniami o kidnaperstwo.

- Mąż był przesłuchiwany jak przestępca, nikt nie martwił się co przeżywamy - mówiła w TV matka Kasi. - Za wszelką cenę próbowano nam wmówić, że ją wykradliśmy i sprzedaliśmy. To był koszmar! Mało tego, nikt mnie, matki, nawet nie poinformował, że moje dziecko zostało ze szpitala, gdzie powinno być bezpieczne, uprowadzone. Dowiedziałam się o tym w sklepie. Wierzę, że to było porwanie, nie dopuszczam do siebie gorszej myśli. Wierzę, że nasza Kasia gdzieś tam żyje.

Ta "gorsza myśl", o której wspomina pani Mateja, to ewentualna druga wersja zdarzeń, czyli zabójstwo, a dokładnie śmierć dziecka i pozbycie się ciała. Na ten temat wypowiedział się na antenie jeden z ówczesnych milicjantów.

- Braliśmy wtedy pod uwagę kilka wersji, pierwsza to porwanie dziecka i wywiezienie gdzieś daleko, ale również wersję o dopuszczeniu się wobec dziecka błędu medycznego popełnionego przez kogoś z personelu. W takim wypadku mogło nastąpić pozbycie się ciała. Pamiętam, że właśnie w tym celu badane były próbki popiołu z pieca w kotłowni, ale bez rezultatu - mówił milicjant. - Pozbycie się ciała to również utopienie go w jeziorze, do którego poprowadził nas policyjny pies.

No właśnie, ślady prowadziły do jeziora, po czym się urywały. Mówił o tym również na antenie ojciec Kasi. Na pytanie dziennikarza Polsatu, czy zbadano wówczas wody jeziora, ojciec odpowiedział: - Prosiliśmy o to, ale wtedy nam mówiono, że nie ma na to pieniędzy.

W programie wypowiedział się też jasnowidz, który nie umiał jednoznacznie powiedzieć, czy dziecko żyje. Mówił jedynie, że słyszy szum wody i że dziewczynka była czymś przewiązana.

Ojciec przedstawił też o rok starszą siostrę Kasi.
- Były do siebie bardzo podobne i być może dziś Kasia wygląda właśnie tak?
Matka wciąż czeka na cud. Kobieta zdaje sobie sprawę, że jeśli Kasia żyje, to nazywa się inaczej, wychowała się w całkiem innej rodzinie, z którą zapewne związana jest uczuciowo.

- Chciałabym tylko, żeby się odezwała, powiedziała, że żyje, że jest szczęśliwa... Niczego więcej nie chcemy. Wystarczyłaby zwykła pocztówka. Nawet nie musiałabym jej szukać, ale byłoby mi lżej - mówi Elżbieta Mateja. - Kasiu, od 25 lat czekamy na ciebie. Jak nas rozpoznasz, odezwij się, przyjedź, odwiedź, daj znać...

Lucyna Puzdrowska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości