Po raz kolejny za sprawą "Gazety Kartuskiej" wracamy do sprawy zaginionej przed ćwierć wieku Kasi Matei z Kiełpina. Telewizja Polsat wyemitowała zapowiadany wcześniej program na temat wykradzionej ze szpitalnego Oddziału Dziecięcego w roku 1986 7-miesięcznej dziewczynki.
Reporterzy dotarli zarówno do rodziny Kasi, jak również policjantów (wtedy milicjantów) prowadzących w latach 80. śledztwo w sprawie zaginięcia dziewczynki. Podobnie jak w reportażu w naszej gazecie, najbardziej za serce ściskały słowa matki i ojca, przypominające koszmar sprzed lat, z którym przyszło im się zmierzyć. Podobnie jak wcześniej my, również dziennikarze Polsatu główny wątek tej dramatycznej historii oparli na dramacie straty dziecka - szoku, bólu który musieli przeżywać w połączeniu z... oskarżeniami o kidnaperstwo.
- Mąż był przesłuchiwany jak przestępca, nikt nie martwił się co przeżywamy - mówiła w TV matka Kasi. - Za wszelką cenę próbowano nam wmówić, że ją wykradliśmy i sprzedaliśmy. To był koszmar! Mało tego, nikt mnie, matki, nawet nie poinformował, że moje dziecko zostało ze szpitala, gdzie powinno być bezpieczne, uprowadzone. Dowiedziałam się o tym w sklepie. Wierzę, że to było porwanie, nie dopuszczam do siebie gorszej myśli. Wierzę, że nasza Kasia gdzieś tam żyje.
Ta "gorsza myśl", o której wspomina pani Mateja, to ewentualna druga wersja zdarzeń, czyli zabójstwo, a dokładnie śmierć dziecka i pozbycie się ciała. Na ten temat wypowiedział się na antenie jeden z ówczesnych milicjantów.
- Braliśmy wtedy pod uwagę kilka wersji, pierwsza to porwanie dziecka i wywiezienie gdzieś daleko, ale również wersję o dopuszczeniu się wobec dziecka błędu medycznego popełnionego przez kogoś z personelu. W takim wypadku mogło nastąpić pozbycie się ciała. Pamiętam, że właśnie w tym celu badane były próbki popiołu z pieca w kotłowni, ale bez rezultatu - mówił milicjant. - Pozbycie się ciała to również utopienie go w jeziorze, do którego poprowadził nas policyjny pies.
No właśnie, ślady prowadziły do jeziora, po czym się urywały. Mówił o tym również na antenie ojciec Kasi. Na pytanie dziennikarza Polsatu, czy zbadano wówczas wody jeziora, ojciec odpowiedział: - Prosiliśmy o to, ale wtedy nam mówiono, że nie ma na to pieniędzy.
W programie wypowiedział się też jasnowidz, który nie umiał jednoznacznie powiedzieć, czy dziecko żyje. Mówił jedynie, że słyszy szum wody i że dziewczynka była czymś przewiązana.
Ojciec przedstawił też o rok starszą siostrę Kasi.
- Były do siebie bardzo podobne i być może dziś Kasia wygląda właśnie tak?
Matka wciąż czeka na cud. Kobieta zdaje sobie sprawę, że jeśli Kasia żyje, to nazywa się inaczej, wychowała się w całkiem innej rodzinie, z którą zapewne związana jest uczuciowo.
- Chciałabym tylko, żeby się odezwała, powiedziała, że żyje, że jest szczęśliwa... Niczego więcej nie chcemy. Wystarczyłaby zwykła pocztówka. Nawet nie musiałabym jej szukać, ale byłoby mi lżej - mówi Elżbieta Mateja. - Kasiu, od 25 lat czekamy na ciebie. Jak nas rozpoznasz, odezwij się, przyjedź, odwiedź, daj znać...
Lucyna Puzdrowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze