Zaczyna się mecz. Zacieram ręce. Tym samym wyrażam nadzieję, że może jednak tym razem nasi coś pokażą... Podczas meczu robię to, co zazwyczaj robi przeciętny kibic: rwę resztki włosów, walę pięścią w poręcz fotela, podskakuję na nim itd. W pewnym momencie jednak zdaję sobie sprawę z tego, iż bardziej od wydarzeń na boisku zaczyna mnie interesować to, co mówi komentator. Co to jest? Lekcja angielskiego? A może włączyłem nie ten kanał co trzeba? Nie, wszystko w porządku — kanał się zgadza.
Prawdopodobnie to komentator angielski, który uczy się języka polskiego, wszedł nie do tej budki sprawozdawcy, co trzeba. Ze słów używanych przez tegoż (wiem jednak, że Polaka), można by ułożyć mniej więcej taką szkaradę: "No cóż, proszę państwa. Serce się kroi, gdy wspominamy wspaniały t e a m, prowadzony przez niezapomnianego c o a c h a Górskiego. W jego t e a m i e g o a l k e a p e r był nie do pokonania, d e f e n s o r z y nie do przejścia, a p l a y m a k e r z y czarowali swą grą."
Ratunku!!! Nie dość, że jestem po obejrzeniu meczu wyczerpany psychicznie wyczynami naszych piłkarzy (znowu klapa), to jeszcze komentator dorzuca parę kilo słownych wygibasów! Z językami obcymi nigdy nie miałem większych trudności (wyjąwszy chiński, japoński i węgierski) i rozumiem o co panu z telewizji chodzi, tylko nijak nie rozumiem, po co te angielskie dodatki. Może po to, żebym się zachwycił jego krasomówstwem, obyciem z językami i w ogóle, że taki otrzaskany?
A guzik!
Wcale mnie to nie zachwyca! Raczej wywołuje mdłości i odrzuca w siną dal. W takich momentach budzi się we mnie Gałkiewicz z "Ferdydurke" Gombrowicza. Tamtego biedaka nie zachwycała poezja Słowackiego ("Jak to nie zachwyca, skoro tłumaczę, że zachwyca" - przekonywał nauczyciel), mnie zaś nie zachwycają językowe potworki, chociaż specjaliści od mediów stają na głowie, aby mnie przekonać, że zachwycają. Nie, proszę panów (pań także)! Dzięki wam jednak rozwiązałem zagadkę słabości naszych piłkarzy. Hip hip hurra! To jest to! Za moich szczenięcych lat po boisku biegali obrońcy i napastnicy wspierani przez pomocników, a kierował nimi t r e n e r a nie jakiś coach! Spotkania zaś komentował Jan Ciszewski, który potrafił zainteresować meczem przysłowiową babcię klozetową, nie mającą zielonego pojęcia o piłce. Ale on mówił zrozumiale! Dzisiaj zaś sprawozdawcy mówią zarozumiale i wypłaszają mnie sprzed telewizora swoim polsko-angielskim bełkotem! Może kogoś to zachwyca — mnie nie.
Myliłem się sądząc, że słowne dziwadła pójdą sobie precz wraz z zakończeniem sportowego widowiska. Oto bowiem dzwoni do mnie znajoma. Mijają może trzy minuty rozmowy, gdy ona przeprasza, ale musi kończyć, gdyż ma do napisania jeszcze s i w i (potem poznałem pisownię: cv). Ki diabeł znowu? Co za s i w i? Życiorys — tłumaczy znajoma i już jej nie ma. Życiorys? Jeżeli tak, to dlaczego nie można powiedzieć ż y c i o r y s, tylko na siłę tłoczyć w mózgi polskie jakieś si wi? Szczęście, że w swoim życiu udało mi się napisać kilka razy zwyczajny życiorys — żadnego si wi pewnie bym nie zdzierżył. Obrońcy tych dziwactw tłumaczą, jak nauczyciel Gałkiewiczowi, że powinienem być zachwycony, bo przez takie si wi wielki świat do nas zagląda, że to międzynarodowe, konieczne, zgodne z wymogiem czasu, a ponadto pochodzi od łacińskiego curriculum vitae, więc jest nam Polakom bliskie. I że nie powinienem być taki sztywniacha, tylko otwierać się z uśmiechem na to, co nowe.
Szanowni obrońcy: giętki w wymowie to ja jestem odwiedzając taki czy siaki kraj, i tam dostosowuję się do obowiązującej tubylców mowy (nie będę przecież im serwował polskich słówek, skoro oni ani me, ani be po polsku), natomiast w Polsce będę bronił życiorysu, a si wi gnał gdzie pieprz rośnie. Jak ktoś chce ze mną pogadać u mnie w domu (w Polsce), to niech przynajmniej zdobędzie się na trud nauczenia się kilku zwrotów w moim języku. Dlaczego to my zawsze musimy się dostosowywać do kogoś, a nie ktoś do nas? Już to przerabialiśmy i w języku polskim namnożyło się wiele rusycyzmów i germanizmów. Teraz przyszedł czas na angielski.
Nie tak dawno rozmawiałem ze znajomym Niemcem (chłop zna polski, a ja niemiecki, więc jakoś się podzieliliśmy w dialogu w ramach niemiecko-polskiego zbliżenia). Oni mają problem z nachalnym angielskim już od dawna (Goethe ma nieźle poobijane boki od przewracania się w grobie). Die Arbeit coraz częściej zastępowane jest przez j o b! Tylko patrzeć, jak ten j o b wkroczy do kraju nad Wisłą i wyśle na emeryturę p r a c ę.
Nie jestem przeciwnikiem nauki języków obcych. Wręcz przeciwnie! Sam się ich uczyłem i jeśli taka potrzeba — nadal się uczę. Na każdym kroku zachęcam młodych do tego samego; chociażby po to, aby będąc za granicą nie wyjść na matołków i nie dać się zapędzić w kozi róg. Niech jednak nie liczy na wyrozumiałość, a tym bardziej na mój zachwyt, jakikolwiek rodak serwujący mi w kraju angielskie danie językowe. Mów pan do mnie po polsku! Innych dań w Polsce od Polaków nie trawię i kropka.
Tak samo nie trawię tych, którzy zdrabniają polskie wyrazy wtedy, gdy nie ma to żadnego uzasadnienia. Z czymś takim wciąż spotykam się w sklepach: "Proszę bardzo — oto chlebuś, masełko, dżemik, trzy bułeczki i złotóweczka reszty." Na taką mowę jelita skręcają mi się w taki supeł, że nie podołają żadnemu chlebusiowi ani bułeczce. Ponadto słysząc takie zdrobnienia, czuję się jak jakiś niemowlak, nad którym roztkliwia się ciotka w gościnie: aj ti, ti, bobaśku, malusi, malusi, pi, pi, cirli, cirli i inne tego rodzaju banialuki. Pewnie pani ekspedientka myśli, że po drugiej stronie stoi, nie rozumiejący normalnej mowy, matoł. Ktoś mi swego czasu tłumaczył, że to jest przejaw grzeczności. Hm... W krajach, w których bywałem, ekspedientki niczego nie zdrabniały, a ja czułem się grzecznie i mile obsłużony. Po prostu uśmiechały się i mówiły normalnie, bez żadnego ecie - pecie. A ponadto nie miałem uczucia, że traktują mnie jak pięcioletniego chłopca w krótkich portkach. Żadne zdrobnienia mnie nie zachwycają. Wystarczy uśmiech. I wtedy odpowiadam tym samym. Od razu dzień jest przyjemniejszy.
U Gombrowicza Gałkiewicz ostatecznie się poddał. No cóż — szkoda chłopa. Ja postaram się jak najdłużej nie zachwycać się chlebusiem, teamem czy cv (czytaj si wi - jak to odmienić? Si wi - em? Głupio jakoś. Pewnie się nie odmienia.). Zrobię sobie teraz kolację ze zwyczajnego (a mimo to nadzwyczajnego) chleba, obejrzę mecz z udziałem polskiej drużyny, a potem może przeczytam życiorys jakiegoś świętego. Albo nie-świętego. Byle był napisany normalnie. Czyli zrozumiale. I to mnie z pewnością zachwyci, a Gałkiewicz pójdzie na urlop. Ale wróci.
Augustyn
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze