O pierwszym roku służby na stanowisku komendanta, wyzwaniach z jakimi musiał się zmierzyć i odczarowywaniu wizerunku straży miejskiej rozmawialiśmy z Krzysztofem Pawłowskim, szefem kartuskiej jednostki.
Minął już ponad rok od momentu, w którym objął pan stanowisko komendanta. Jak odnalazł się pan w nowej roli?
To pytanie należałoby zadać ludziom, którzy mają ze mną styczność na co dzień. Dla mnie zmieniło się tylko tyle, że nie patroluję ulic, tylko pracuję za biurkiem. Pracuję w straży od 11 lat, z tego przez dziesięć zawsze pracowałem w terenie, więc brakuje mi tego. Przybyło mi też sporo obowiązków związanych z pracą administracyjną, czyli po prostu wypełnianiem papierów, dopełnianiem formalności. Pełnię też na miejscu dyżur telefoniczny i przyjmuję zgłaszane interwencje. Reprezentuję komendę straży miejskiej na zewnątrz, uczestniczę w spotkaniach konferencjach. Nie jest to łatwe, ale staram się wypełniać swoje obowiązki jak najlepiej.
Przez 10 lat pracował pan z kolegami na równorzędnym stanowisku. Rok temu został ich szefem. Zmiana ról nie utrudniła kontaktów z kolegami?
O to trzeba by było zapytać moich kolegów. Myślę, jednak, że nasze relacje aż tak bardzo się nie zmieniły. To, że zostałem ich szefem nie wyklucza tego, by się z nimi kolegować. Zmieniło się to, że teraz muszą słuchać tego, co mówię i to ja kieruję ich pracą. Różnica jest taka, że po porannej odprawie, ja rozdzielam zadania, koledzy jadą w teren, a ja zostaje w biurze. Są dwa rodzaje dowódców - tacy, którzy krzyczą "Naprzód" i tacy, którzy mówią "Za mną". Staram się być tym drugim.
Co jest najtrudniejszego w roli szefa?
Samo bycie szefem. To trudna rola. Jak każde stanowisko ma swoje plusy i minusy. Zaletą jest to, że nie muszę się martwić o pogodę, bo już nie pracuję na zewnątrz oraz to, że mam określone godziny pracy, a koledzy chodzą na dwie zmiany. Minusem jest cała praca administracyjna, z którą nie miałem wcześniej styczności oraz to, że rzadziej spotykam się z mieszkańcami twarzą w twarz, tylko kontaktuję się z nimi telefonicznie. Kiedy pracowałem w terenie odpowiadałem tylko za siebie, teraz odpowiadam za swoich kolegów, bo to ja wysyłam ich na interwencję. Gdy zgłaszają mi problem muszę mieć gotowe trzy różne scenariusze tego, co może się zdarzyć i znaleźć odpowiednie rozwiązanie. Nie mogę odpowiedzieć "Nie wiem, radź sobie". Muszę wiedzieć czy skierować sprawę do innych służb czy instytucji, bądź podjąć samodzielne działania.
Jakie było największe wyzwanie z jakim musiał się pan zmierzyć?
Tak naprawdę każdy dzień niesie z sobą wyzwania. Jednym z trudniejszych zadań w ciągu tego roku była interwencja związana z bezdomnym panem, który mieszkał w Borowie. Kilka lat spał w opuszczonym kempingu. Dużo pracy i wysiłku włożyliśmy w to, żeby przekonać tego mężczyznę, by zmienił miejsce swojego pobytu. Pracowaliśmy nad tym nie tylko my, ale również pracownicy socjalni i rodzina tego pana. Zaangażowało się bardzo wiele osób i udało się. W przypadku osób bezdomnych najczęściej bywa tak, że jeśli przetrwają jedną zimę, to potem radzą sobie przez kolejne. I nie sposób ich namówić, by skorzystali z pomocy, np. noclegu w schronisku. Mieliśmy takiego pana, który noce spędzał pod choinką, nie chciał pójść do schroniska, a gdy zawoziliśmy go do ogrzewalni, po pewnym czasie i tak wracał na swoje miejsce. Nie mogę takiej osoby do niczego przymusić. Jeśli bezdomny jest w dobrym stanie zdrowotnym, jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, nie jest w stanie silnego upojenia alkoholowego, to wtedy nie mogę go zmusić do przyjęcia pomocy. W naszej pracy mamy bardzo wiele stresujących sytuacji tego typu. Boję się, że kiedyś pojawi się taka sytuacja, że człowiek, który odmówi skorzystania ze schroniska, zamarznie.
Gdy rozpoczynał pan pracę na stanowisku komendanta, zależało panu na tym, by zmienić sposób postrzegania straży miejskiej przez społeczeństwo. Chciał pan pokazać, że strażnicy miejscy nie są tylko tymi, którzy karzą mandatami. Udało się?
Trzeba byłoby zapytać o to ludzi. Na pewno nie przestaliśmy wypisywać mandatów. To, że chciałem, by straż była bardziej dla ludzi, nie oznacza, że będziemy wystawiać tylko same pouczenia, bo czasem mandat jest konieczny. Na pewno przez ten rok poprawił się kontakt ze szkołami. W ciągu roku nie organizujemy pięciu spotkań z uczniami tylko około dwudziestu. Odwiedziliśmy już prawie wszystkie szkoły w gminie. Uczymy dzieci, jak dbać o bezpieczeństwo, jak zachować się, kiedy zaczepi je obca osoba, bądź zaatakuje pies. Być może nigdy nie będą musiały z tej wiedzy skorzystać, jednak ważne jest, by wiedziały jak reagować. Rozpoczęliśmy też projekt "Kobieta waleczna", w którym uczymy mieszkanki Prokowa technik samoobrony. Mija dopiero rok, jest jeszcze wiele rzeczy, które chciałbym zrobić, ale nie wszystko da się zmienić od razu. Trzeba dużo z ludźmi rozmawiać, choć nie jest tak, że dawniej z nimi nie rozmawiano. My cały czas staramy się wykonywać naszą pracę najlepiej, jak potrafimy.
A jakich interwencji obecnie odnotowujecie najwięcej?
Obecnie najwięcej interwencji związanych jest z psami biegającymi bez opieki. W okresie września i października błąkają się psy porzucane jeszcze podczas wakacji. Jeśli dostaniemy zgłoszenie o takim zwierzaku, musimy go znaleźć, odłowić. Jeśli jego właściciel się nie odnajdzie, trafia do schroniska, z którym współpracujemy. A właścicieli trudno jest znaleźć, bo nawet jeśli pies ma chipa, to często zdarza się tak, że nie zarejestrował jego numeru w systemie, przez co nie mamy potrzebnych danych. Okres jesienny to również czas rozpoczynającego się okresu grzewczego, będziemy kontrolować paleniska, sprawdzać czy ktoś nie spala śmieci.
A jakie ma pan plany na przyszłość?
Chciałbym kontynuować wszystkie działania, które obecnie prowadzimy. Dalej chciałbym pracować nad tym, by straż miejska była lepiej postrzegana, nie tylko jako "ludzie od mandatów". Naszą misją jest służyć i ochraniać.
MD-Z
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze