Reklama

Niewiarygodne, ale prawdziwe. Historia Teofila Kwidzińskiego

15/11/2025 09:21

INFO KĄCIK HISTORYCZNY: Z Mojusza na front cesarza Wilhelma, przez syberyjską niewolę aż do rodzinnych Kartuz — dramatyczne losy Kaszuby, Teofila Kwidzińskiego, to opowieść o wierze, przetrwaniu i niezłomnym pragnieniu powrotu do ojczyzny. Jako poddany Cesarstwa Niemieckiego trafił do armii kajzera, a potem do rosyjskiej niewoli. W czasach caratu i późniejszego bolszewizmu przez ponad dwie dekady zmagał się z nieludzkimi warunkami życia na Syberii. Dzięki determinacji i nieustępliwości 28 grudnia 1935 roku wraz z rodziną opuścił sowiecką ziemię, by 4 marca 1936 roku powrócić do rodzinnych stron. Tekst na podstawie źródeł prasowych opracował historyk Andrzej Borzestowski.

Kaszuby - I wojna światowa/ poddany Wilhelma II/ niewola rosyjska/Rosja Carska/Rosja Radziecka - Syberia - powrót Kaszuby. Teofil Kwidziński pochodził z Mojusza /zabór niemiecki/ i jako poddany cesarza służył w wojsku niemieckim. Na początki I wojny światowej dostał się do niewoli rosyjskiej - pod Łowiczem, później jako jeniec został zesłany na Syberię. W tym środowisku rozpoczął się nowy ciężki okres jego życia pod władzą sowiecką. Cały czas myślał o Kaszubach i powrocie. Dzięki długim staraniom uzyskał od władz sowieckich zgodę na powrót. 28 grudnia 1935 roku nastąpił radosny dzień wyjazdu z Syberii. W środę, 4 marca 1936 roku Teofil Kwidziński wieczorem przyjechał pociągiem do Kartuz z 22-letniej niewoli w Syberii do rodzinnych stron. Z Kartuz udał się do swojego brata mieszkającego w Kożyczkowie i tam na początku przebywał z rodziną. 

Miejscowe władze administracyjne udzieliły na początku pomoc z Funduszu Pracy, ale to była o niewystarczająca pomoc. 

Reklama

Historia Teofila Kwidzińskiego

Rok 1911. Rok zawieruchy wojennej. Wówczas prawie wszyscy musieli iść na front – starsi i młodzi, żonaci i kawalerowie. Opuścić musiał również rodzinny dom Teofil Kwidziński, pochodzący z powiatu kartuskiego, udając się jako rocznik 1886 do macierzystego 61-go pułku, stacjonującego w Gdańsku.

Poza pracą zarobkową wspomniany Kwidziński z wolnej woli przyczynił się do założenia szkoły dla dzieci osadników. Również na pamiątkę swego udziału w wojnie światowej przyozdobił wewnątrz swego domu obrazami Matki Boskiej i orła polskiego — co wśród zesłańców robiło duże wrażenie. Poza tym hodował drób i uprawiał pole. Pozostał tam niebłędny. Póki był, szkołę prowizoryczną, urządzoną przez Kwidzińskiego, prowadził.

Reklama

Z Gdańska na front wschodni udał się w 1914 r., biorąc czynny udział w bitwie pod Gumbinnen, a pod Tannenbergiem został wzięty do niewoli. Los zrządził, że K. na początku wojny był zaginiony. Ustaliło się (czas dłuższy po obecnej ziemi), dotąd w 1916 — pod Leninogorskiem — niewoli rosyjskiej.

Karta życia prześledzona… W niewoli nie ma raju ani dobrobytu. Udać się musiał z miejsca na miejsce. Rosjanie wywieźli jeńców najpierw do obozu w Warszawie, a stamtąd na Syberię — do miasta Czitá, położonego nad granicą chińską. Jeńców pozostawiono tu na łasce losu. K. przebył tam w okropnych warunkach półtora roku, po czym udał się do miejscowości Mariglowa. Pracował tu na cegielni lub jako robotnik sezonowy na roli, zarabiając na przeżycie 20 rubli miesięcznie.

Reklama

Mając pewien zasób gotówki, w końcu 1919 r. zmienił miejsce zamieszkania, udając się do miejscowości pod miastem Tomsk, mającym 90 000 mieszkańców. Miejscowość ta liczyła zaledwie 90 rodzin i była oddalona od kolei przeszło 130 km. Połączenie z tym miastem było kiepskie — drogi, można śmiało powiedzieć, nie było prawie żadnej. Wprawdzie jeńcy budowali w okolicy jedną drogę, ale biegła ona w innym, dalszym kierunku. Klimat ostry — od października aż do maja panowało przejmujące zimno i mrozy.

W Tarachli kupił K. osadę, jeśli tak można ją nazwać, bo w rzeczywistości „osada” ta składała się z jednej skromnej chałupy bez zabudowań i inwentarza. Cały komplet niezbędnego sprzętu i narzędzi potrzebnych do gospodarstwa musiał sobie osobiście, własnoręcznie uzupełnić. Chałupę kupił za bajecznie niską cenę – tylko 6 rubli. To niemożliwe, prawda? A jednak — prawdą jest! Cena ta była możliwa do osiągnięcia jedynie dlatego, że osada powstała z przymusowego przesiedlenia i podpisania kontraktów z władzą.

Reklama

W roku 1921 Kwidziński ożenił się z 22-letnią Rosjanką wyznania prawosławnego, gdyż katoliczek tam nie było. Ślub wzięli tylko cywilny, ponieważ Żydzi-bolszewicy w Rosji nie zezwalali na śluby kościelne. Zresztą, gdyby nawet chciano zawrzeć ślub kościelny — to byłoby to niemożliwe, gdyż kościoły bolszewicy ograbili i zamknęli lub z części z nich zrobili kina albo muzea. Kościół, znajdujący się w odległości 8 km od wsi Tarachli, był również zamknięty. Z tego małżeństwa urodziło się sześcioro dzieci.

O wykształcenie i wychowanie religijne dla młodzieży było w Rosji bardzo trudno. Szkoła znajdowała się w odległości 5 km od miejsca osiedlenia. W szkołach sowieckich, jak powszechnie wiadomo, uczono dzieci, że „Boga nie ma”, a „religia to głupstwo” itd. Takim pokarmem duchowym „krzepiono” młodzież w szkołach sowieckich. Nic więc dziwnego, że szerzy się tam nowoczesne pogaństwo, komunizm i zepsucie moralne, przybierające groźne rozmiary — niebezpieczne dla samej Rosji i świata.

Reklama

Gorzej jeszcze przedstawiała się sprawa pod względem wychowania religijnego, którego w ogóle nie było, ponieważ wszystkie kościoły były zniszczone lub zamknięte. Obowiązek wychowania religijnego spadł więc wyłącznie na barki członków rodziny. Tak też postąpił Kwidziński, ucząc swoje dzieci pacierza – i to tam, na Syberii, w języku polskim. Poza tym język ten był jednak obcy dla nich. W Tarachli oraz w bliższej i dalszej okolicy nie było żadnego stałego kapłana, nie mówiąc już o misyjnych, którzy by zesłanym wiarę krzepili. Katolicy, będący w mniejszości, byli surowo karani za praktyki religijne, ostro zwalczane przez czynniki urzędowe, i dlatego religię wyrzucono ze szkół i życia publicznego. Typowy obraz dzisiejszych Sowietów bolszewickich.

Nie lepiej było ze stanem oświaty. Szkoły były daleko, a w dodatku bezwyznaniowe, szerzące kult materializmu i władców Sowietów. Ogólnie odczuwano brak książek, a zwłaszcza gazet, co bardzo ujemnie wpływało na orientację polityczną i społeczną mieszkańców i zesłańców Syberii. Jaskrawy przykład: do roku 1929 Kwidziński nie wiedział o powstaniu nowego państwa polskiego. Dopiero po liście od swego brata Jana z Kożyczkowa dowiedział się o niepodległości Polski i istnieniu wielkiego miasta portowego Gdyni. Bez takich listów podobnych przypadków można by na Syberii wyliczać niemało.

Reklama

Z biegiem czasu nadeszły jednak listy z kraju, pisane w języku polskim, lecz zazwyczaj nie dochodziły do rąk adresatów. Nic więc dziwnego, że nawiązanie korespondencji jeńców z rodziną lub krewnymi było bardzo utrudnione.

W takim oto środowisku musiał przebywać Kwidziński wraz z rodziną. Wyżywienie i jako takie utrzymanie dostarczała im mała osada. Nie trwało to jednak długo, gdyż warunki bytu zmieniły się na gorsze z chwilą, gdy zasady osadnictwa piętnastoletniego wkroczyły w roku 1928 na Syberię. Stosunki zapanowały wtedy jeszcze gorsze... Wszystkie zbiory trzeba było oddać państwu, a właściciel posiadłości stał się najemnym robotnikiem. Podatki sypały się jak z rogu obfitości. Kwidziński jako jedyny osadnik musiał płacić ponad 200 rubli rocznie tytułem podatku na rzecz skarbu państwa sowieckiego, a koszt utrzymania był trudny i ciężki. Zarobki — niskie i różnorodne.

Reklama

Za 1 kilogram chleba płacono 1½ rubla, za jeden kilogram mięsa – 9 rubli. Do roku 1933 chleb sprzedawano tylko na kartki, tak że nieraz zabrakło chleba i innych artykułów spożywczych — osadnicy musieli zadowolić się trawą lub liśćmi jako pokarmem. W takich to z dnia na dzień pogarszających się warunkach dłuższy pobyt na Syberii stał się uciążliwy i nieznośny — zwłaszcza dla dzieci i starszych.

Los był jednak teraz łaskawszy dla Kwidzińskich niż w poprzednich latach. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zdołał on w końcu opuścić „Kożewnik”. Zasłyszawszy w duszy jeńca promień nadziei powrotu, dzięki żmudnym i długotrwałym staraniom — przez pięć lat — zdołano wreszcie uzyskać od władz sowieckich zezwolenie na powrót do Polski. W życiu nieraz bywa, że spełniają się w ciężkich chwilach najskrytsze marzenia, wywołując uczucia radości i zadowolenia. Starania o powrót były bardzo kosztowne. Rodzina zapłaciła za różne pisma i opłaty do konsulatów około 600 złotych.

Reklama

Nastąpiły przygotowania do powrotu. Kwidziński kilkakrotnie musiał jeszcze jeździć do najbliższego konsulatu niemieckiego po papiery wyjazdowe. W międzyczasie Rosjanie czynili zabiegi, nakłaniając go do pozostania i przyjęcia obywatelstwa rosyjskiego. Pomimo tych starań, wynikła niespodziewanie trudność niemała, ale czas ją uleczył. Znalazł się też życzliwy urzędnik spośród Kwidzińskich, który wyświadczył przysługę. Dni wyjazdu zbliżały się. Rząd rosyjski, zadowolony z obecnego miejsca zamieszkania, nie pożegnał się nawet z rodzicami, którzy byli przeciwni wyjazdowi córki w nieznane.

Przygotowania na ukończeniu... Nastał wreszcie dzień 28 grudnia 1935 roku — radosny dzień wyjazdu z Syberii. Był to niewątpliwie najradośniejszy dzień w życiu jeńca. Sankami udano się w podróż do miasta Tomska. Matkę z dziećmi ulokowano w wielkim koszu i przykryto kożuchami. Trzydniowa podróż nie była przyjemna i łatwa — pogoda kiepska. Silny wiatr i mróz przenikały do kości i powodowały cierpienia. Mróz dochodził do -45 stopni. Liście syberyjskie morzyły. Z tego powodu drugiego dnia podróży Kwidziński zachorował — silnie się przeziębił. Poza tym odmroził sobie nos i usta. Już przybywszy do Nowosybirska, na początku podróży, musiano odstawić go do szpitala, gdzie przez czas dłuższy musiał się kurować. Dzięki jednak wyższej sile szybko wyzdrowiał i ruszono w dalszą podróż koleją do Nowosybirska.

Reklama

W miejscowym konsulacie niemieckim uzyskał fundusze na bezpłatną podróż do Niemiec i utrzymanie rodziny. Podróż do Sowietów i stamtąd nie była taka uciążliwa jak na początku, gdyż inne były już warunki komunikacyjne. Skoro przybył do Moskwy, udał się do generalnego konsulatu niemieckiego, otrzymując niezbędne papiery na podróż do Niemiec. Mogłoby wydawać się dziwne, że Kwidzińskim zaopiekowały się władze niemieckie, a nie polskie, ale nastąpiło to z tego powodu, że był on byłym żołnierzem armii niemieckiej i w niewoli niemieckiej.

Po kilku dniach przerwy i po zakupie większych zapasów żywności ruszono w dalszą podróż. Przez terytorium Litwy przybył w dniu 9 stycznia do miasteczka Tylża w Prusach Wschodnich, zamieszkując przez cały swój pobyt w domu starców. Dnia 4 lutego opuścił Tylżę i udał się do obozu jeńców w Pile. Wraz z rodziną zamieszkał w barakach, otoczony opieką Czerwonego Krzyża. Spotkał go tu niestety ciężki cios — zmarło mu dwuletnie dziecko, które zachorowało na dyfteryt.

Reklama

Uzyskawszy wizę, ruszył ku celowi swej podróży – do Polski. Koleją przez Chojnice i Kościerzynę przybył w dniu 4 marca do Kartuz, doznając w czasie podróży gościnności i opieki ze strony braci Polaków. Z Kartuz udał się do swojego brata Jana z Kożyczkowa.

Na podstawie prasy pomorskiej /pisownia oryginalna/ Opracował Andrzej Borzestowski 

Motto: "Nie ma większej przyjemności niż czytanie"

P.S. Jeśli artykuł ten dotarł do rodziny Teofila Kwidzińskiego lub osób posiadających informację o krewnych bohatera, prosimy o kontakt z redakcją

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 15/11/2025 09:21
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości