Odszedł Pan Profesor Teodor Elas. Odszedł wybitny kartuzjanin, zdaniem naszych czytelników człowiek, zasługujący na miano "Kartuzjanina 80-lecia". Odszedł wielki przyjaciel młodzieży.
Przed kilku laty, historię Jego życia opowiedziała nam żona Aleksandra. Tamten tekst, napisany z okazji Dnia Nauczyciela, miał być niespodzianką dla Pana Profesora. Dzisiejszy, ma być pożegnaniem.
Historia Jego życia
Urodził się 2 listopada 1913 roku w Grzybnie. Dwa lata później rodzice wraz z małym Teodorem przenieśli się do Kartuz. Po kilku latach rozpoczął edukację. Liceum ukończył w Pińsku. Uczył się dwóch języków obcych, łaciny i greki. Po maturze wyjechał do Wilna i rozpoczął studia na Uniwersytecie im. Stefana Batorego. Po dwóch latach studia przerwała wojna. Podczas okupacji podjął pracę nauczyciela w małej wsi w pobliżu Wilna. W tym samym czasie poznał piękną dziewczynę Aleksandrę Mierzaniec. Pierwsza miłość okazała się tą ostatnią, na całe życie. 25 lipca 1942 roku w Wilnie, Teodor i Aleksandra wzięli ślub.
Po wojnie, w roku 1945, młodzi państwo Elasowie, transportem specjalnym dla nauczycieli wrócili do Polski i zamieszkali w Kartuzach. Rozpoczął pracę w Liceum Ogólnokształcącym w Kartuzach i jednocześnie zaocznie studiował. Przez okres trzech lat kontynuował na Uniwersytecie w Krakowie studia rozpoczęte w Wilnie, a przerwane wybuchem wojny. Został dyrektorem Liceum Ogólnokształcącego, a jednocześnie uwielbianym przez młodzież pedagogiem. To uwielbienie nie było bezpodstawne. Pełnił funkcję dyrektora, wspaniałego pedagoga, ale przede wszystkim, mimo natłoku obowiązków, był wielkim przyjacielem młodzieży. Do liceum trafiają dzieci z różnych szkół. Pierwszą ich reakcją po przekroczeniu progów nowej szkoły jest strach, obawa i trema. Nagle mają stanąć przed nowymi kolegami, nowymi nauczycielami, których jeszcze trzeba tytułować profesorem. Towarzyszy im lęk przed nowymi wyzwaniami, przed ogromem pracy jaki trzeba włożyć, by dojść do wymarzonej matury. Czują się w tej nowej szkole anonimowi, ginący w tłumie setek obcych twarzy.
Pan Teodor Elas, jak mało kto rozumiejący młodych ludzi, doskonale wyczuwał te rozterki, dlatego już od progu witał nowych uczniów uśmiechem, pytał o imię i zasypywał dziesiątkami innych pytań. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki... znikała trema, strach, obawy. Uczeń nie czuł się już anonimowy, bo był KTOŚ, kto znał już jego imię i prawie całą historię rodziny. Kolejne dni potwierdzały, że mimo iż takich NOWYCH było w szkole wielu, Pan Dyrektor witał wszystkich jak starych znajomych, bez problemu odróżniając twarze i nazywając po imieniu. Jak można nie szanować, nie uwielbiać takiego człowieka?
Do liceum trafiali różni młodzi ludzie, także tacy, którzy sprawiali problemy w innych szkołach i zostali z nich przymusowo wydaleni. Pod wpływem osobowości nowego Dyrektora, osoby uznawane za wykolejeńców przechodziły cudowną metamorfozę i po kilku latach, z dumą pokazywały swemu Dyrektorowi - świadectwo dojrzałości.
Ci odtrąceni ludzie, którym pomógł "wyjść na prostą", sprawiali, że czuł się potrzebny, że jego praca ma sens i że nie ma młodzieży z gruntu złej. Czasem jest tylko zagubiona i trzeba jej pokazać odpowiednie drogowskazy.
Czasy dyrektorowania Teodora Elasa nie należały do łatwych. Były to lata komunizmu, a więc dyktatury i bezpardonowej ingerencji w służbowe decyzje ludzi na kierowniczych stanowiskach. Dyrektor Elas bardzo przeżywał te próby manipulowania jego decyzjami, nie tylko służbowymi, ale też osobistymi. Przez lata poddawano go naciskom, by wstąpił do PZPR. Straszono i grożono, ale bez skutku. Pozostał wierny swoim zasadom, poglądom, przekonaniom. Był jednym z nielicznych, których nie udało się "złamać". Partyjni dygnitarze byli bez szans wobec tak silnej osobowości i tak niezłomnej postawy. Do końca swego "panowania" pozostał dyrektorem bezpartyjnym.
Otrzymał wiele odznaczeń, m.in. Krzyż Kawalerski "Polonia Restituta", Medal Komisji Edukacji Narodowej, Srebrny Krzyż Zasługi, Złoty Krzyż Zasługi, Złotą Odznakę Związku Nauczycielstwa Polskiego.
Przyjmował te odznaczenia z uśmiechem, cieszył się, ale żaden medal nie zastąpił mu nigdy i nie dał tyle radości i satysfakcji, co kontakt z młodymi ludźmi. Kwiatek i słowa wdzięczności od ucznia, były cenniejsze od medali i odznaczeń.
4 lutego 1973 roku, T. Elas przeszedł na emeryturę. Co było do przewidzenia, nie rozstał się ze szkołą i ukochaną młodzieżą. Pozostał jako nauczyciel łaciny i kto wie, może funkcja nauczyciela dała mu więcej radości? Teraz mógł robić to, co kochał ponad wszystko, uczyć młodzież i wspomagać ją w trudnym etapie życia. Nikt już nie naciskał, nie krytykował, nie narzucał odgórnie nakazów i zakazów. Był tylko profesor i ukochana młodzież. Zanim na dobre pożegnał się z pracą w liceum, przepracował na emeryturze 24 lata.
Dziękujemy...
Pan Profesor nie otrzymał wieńca laurowego za pracę pedagogiczną. Dzisiaj, otrzymuje wieniec od nas, nie tylko z kwiatów, ale z naszych serc.
Dziękujemy, Profesorze, za trud i wysiłek, przez lata wkładany w wychowanie kolejnych pokoleń uczniów Liceum. To Liceum, m.in. dzięki Tobie, cieszy się dziś tak znakomitą renomą i poważaniem.
Dziękujemy za uśmiech, którym nas witałeś na ulicy, bez problemu wyławiając w tłumie. Dzięki Twojej fenomenalnej pamięci do imion, nawet po latach, czuliśmy się ważni i docenieni. Nie byliśmy tylko uczniami sprzed lat, ale po prostu... Zosią, Krysią, Jurkiem czy Andrzejem.
Dziękujemy za wartości, które nam wpoiłeś. One są w nas, procentują i pomagają iść przez życie.
Dziękujemy za lekcje łaciny, które jedni lubili bardziej, inni mniej, ale osobowość profesora przyciągała nawet opornych.
Dziękujemy, że dostąpiliśmy zaszczytu bycia Twymi uczniami i wychowankami.
Drogi Profesorze, dziękujemy dziś, że... po prostu byłeś.
Twoi uczniowie i wychowankowie
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze