Reklama

Traktowani gorzej niż zwierzęta - Sybir we wspomnieniach Anny Kos

W marcu 1945 roku Rosjanie dotarli na Kaszuby. Początkowo traktowali te tereny jak germańskie i wielu mieszkańców regionu torturowano i prześladowano. Około czterech tysięcy mieszkańców powiatu kartuskiego wywieziono na Sybir. Wśród nich była 20-letnia Anna Sikora (po mężu Kos) z Mirachowa. Na zesłaniu spędziła dwa lata i osiem miesięcy. W tym czasie towarzyszyły jej straszliwy głód i dotkliwy mróz. Pracowała ponad siły, patrzyła na śmierć swoich towarzyszy. Ale przetrwała i pozostawiła po sobie świadectwo, o którym powinniśmy pamiętać już zawsze.

Pani Anna urodziła się 18-listopada 1925 roku w rodzinie Juliusza i Matyldy Sikorów. Mieszkała z rodzicami na 11-hektarowym gospodarstwie na mirachowskich wybudowaniach. Gdy wybuchła wojna miała 15 lat. W listopadzie 1944 straciła ojca. Kilka miesięcy później, po pięciu latach życia pod niemieckim terrorem, wróciła nadzieja na odzyskanie wolności. 10 marca 1945 roku, wojsko radzieckie oswobodziło Mirachowo.

- Radość z szybkiego zakończenia wojny, trwała jednak krótko. Wojsko NKWD przeszło jak huragan, żołnierze bili, rabowali, niszczyli co mogli, gwałcili kobiety i nieletnie dziewczyny, nawet darli pierzynę wysypując pierze. Pijani domagali się wódki i panienek – opowiadała Anna Kos.

Reklama

W swojej relacji podaje, że w Staniszewie rozstrzelano ojca, który bronił córki przed gwałtem. Od 14 marca było spokojniej, jednak mama pani Anny zachorowała i potrzebna była pomoc.

W złym miejscu o złej porze

Dwudziestolatka wybrała się po lekarstwo do cioci, która mieszkała z dwuletnią córeczką. W trakcie wędrówki spotkała sąsiada, który podczas wojny ukrywał się w bunkrze w lesie. Nieświadomie za wcześnie go opuścił. Przed szkołą w Mirachowie oboje zatrzymał konny patrol żołnierzy NKWD.

- Czterech żołnierzy z karabinami prowadziło nas do byłego nadleśnictwa, gdzie mieścił się sztab NKWD. Zamknęli nas w stodole, gdzie było już sporo kobiet i mężczyzn, siedzących lub leżących na słomie. Przy wyjściu ze stodoły stało dwóch żołnierzy z karabinami, a kilku innych chodziło dookoła niej – relacjonowała pani Anna.

Reklama

Następnego dnia zabrano ją na przesłuchanie do biura sztabu. Znajdowało się tam kilku oficerów i tłumacz. Pytali młodą, niezamężną dziewczynę o to, jak się nazywa, o imię jej ojca i gdzie jest jej mąż, oficer. Gdy powiedziała, że nie ma męża, krzyczeli i powtarzali pytanie. Potem wysłali ją na strych, gdzie znajdowało się więcej osób. Nad nimi stał żołnierz z karabinem. Rozmowy były zakazane. Kolejny dzień przyniósł następne przesłuchanie i te same pytania. Powiedzieli jej, że za kłamstwa i upór trafi na Sybir.

- Byłam bardzo zastraszona, a w dodatku martwiłam się o chorą matkę, która została sama w domu i nie wiedziała, co za mną się stało – opowiadała.

Reklama

Dzień później trafiła do wojskowego samochodu. W każdym znajdowało się po czterdzieści osób i czterech żołnierzy z karabinami. Zawieziono ich na miechuciński dworzec. Potem ruszyli do Kartuz, następnie do Kościerzyny, a stamtąd etapami do Grudziądza.

Droga na Sybir

1 kwietnia 1945 roku, w pierwszy dzień Wielkanocy 1.500 osób załadowano do bydlęcych wagonów i wysłano na Sybir. W wagonie pani Anny było 40 osób.

- Traktowali nas jak najgorszych przestępców. Dziewczyny, które poznałam w Grudziądzu – Ada Benkowska i Elżbieta Skierka, były razem ze mną w wagonie. 20 osób siedziało lub leżało na podłodze, drugie 20 na pryczach z desek. Na środku wagonu stał kubeł bez dna, było małe zakratowane okienko, było ciemno i zimno. (…) Raz na dzień, a bywało też, że co drugi, otwierali wagon, kilka razy nas liczyli, przynieśli wiadro z zupą (wodą) z pokrzyw, gorzkiego łubinu, suszonych buraków pastewnych i zmarzłych kartofli – po pół litra na osobę. Zupę dostały tylko te osoby, które miały naczynia. Byłam w lepszej sytuacji, bo miałam zardzewiałą puszkę, która mi długo służyła. Dzieliliśmy się z koleżankami w niedoli. Czasami do zupy, dołożyli kawałek ciężkiego jak glina chleba – opisuje.

Reklama

Gdy ktoś umarł, pozostawał w wagonie aż do postoju. Potem zmarłych wyrzucano w śnieg, wcześniej rozebrawszy i zatrzymawszy ubrania.

- W moim wagonie zmarły dwie dziewczyny. O tych ludziach nikt się nie dowie, jak i gdzie zginęli – dodaje pani Anna.

Podczas postoju w Czelabińsku zaprowadzono wszystkich do łaźni. Było tam ciepło i duszno, po długiej jeździe w dotkliwym zimnie, większość pomdlała. Potem pociąg ruszył przez Ural na Sybir.

W pierwszym łagrze

21 kwietnia 1945 roku, pociąg zatrzymał się w lesie. Ludzie z transportu ruszyli w śniegu przez las. Pani Anna uważała się za szczęśliwca, bo miała prawie nowe, sznurowane buty (choć tylko do kostek) i wełniany płaszcz (nie na te warunki). Po kilku kilometrach zesłańcy dotarli do łagru, otoczonego drutem kolczastym, obstawionego żołnierzami. Gdy przekroczyli bramę, za którą znajdowało się kilka ziemianek byli przerażeni. Długie doły w ziemi z poukładanymi na wierzchu belkami zasypanymi ziemią służyły za sypialnie. Na środki była długa piętrowa prycza z desek, dwie kolejne znajdowały się po bokach. Kobiety leżały jedna obok drugiej na gołych deskach po 170 osób. Osobne ziemianki były dla mężczyzn,  jedna na ambulatorium (bez lekarstw), karcer i kuchnia. Za ziemiankami był wykopany 3-4 metrowy dół. Na nim w poprzek  poukładano w odstępach okrągłe drążki. By załatwić potrzeby fizjologiczne trzeba było na nie wejść.

Reklama

- Najgorzej było kiedy było mokro. Drążki były śliskie i bardzo łatwo można było wpaść do dołu i utopić się w tej mazi. Kilka osób tam zginęło, najczęściej gdy ktoś miał silną biegunkę i musiał iść w nocy, a nie chciał nikogo budzić, żeby mu pomógł. Byłam świadkiem, widziałam rano ciała, ale nikogo to nie obchodziło. Kazali posypać wapnem i ślad zaginął po człowieku. Straszne w jakich warunkach ludzi ginęli – opisywała sybiraczka.

Przegrupowanie

W pierwszych dniach pobytu w łagrze wszystkich zbadano i kierowano do pracy w jednej z trzech grup. Ci z pierwszej, trafili do bardzo ciężkiej pracy w kopalniach węgla, azbestu, kamieniołomów. Pani Anna była w drugiej, pracowała w lesie. Do trzeciej skierowano osoby bardzo słabe.

Reklama

-  Praca w lesie to było ścinanie i piłowanie drzew, obcinanie gałęzi i składanie ich na kupę. Podczas prac było zimno i mokro. Nie dostaliśmy ciepłych ubrań, a mokrych rzeczy nie mieliśmy gdzie wysuszyć. Po kilku dniach w Serance dostałam gorączki i miałam wrzód w gardle. Lekarz stwierdził, że to Tuberkuloz. Wróciłam do łagru, a jako lekarstwo dostawałam jedną kroplę jodyny dziennie i skierowanie do lżejszej pracy do „Łagra Komando” – opowiada zesłana.

Pracowała na terenie łagru w tzw. brygadzie wodnej. Było tam 20 dziewczyn, które nosiły w wiadrach wodę z oddalonej o kilometr rzeki do kuchni.  Wyglądało to w ten sposób, że dwie osoby niosły wodę na grubym patyku. Każda para musiała dziennie dostarczyć dziesięć wiader.

Reklama

Głód i śmierć

Każda osoba w łagrze dostawała wieczorem pół litra wody. Można było ją wypić albo użyć do przemycia rąk i oczu. W ziemiankach obowiązywała cisza. Były przeznaczone do spania i odpoczynku, żeby więźniowie lepiej pracowali.  O godz. 7 odbywała się tzw. powierka, czyli apel. Każda z grup stawiała się na nim osobno w szeregach po pięć osób. Tzw.  starszy ziemianki, meldował ile jest osób się pojawiło, a ilu jest chorych, którzy pozostali w ziemiance.  Gdy pojawiali się oficerowie wszyscy stawali na baczność. Po przeliczeniu można było spocząć, zabrać chleb i ruszyć do pracy. Chleb wydawano tylko rano. Zwykle krótko po tym więźniowie go zjadali.

Reklama

- Chleb na śniadanie był czarny i ciężki. Na obiad, dla osób które były na terenie łagru i chorych, było pół litra wody – zupy, do tego ziemniak w kawałkach lub kilka ziaren grochu gotowanego z solonym śledziem, albo parę ziarenek kaszy. Dla osób, które wychodziły do pracy poza łagier, zupa była wieczorem – relacjonowała pani Anna.

 Podczas apelu wynoszono też tych, którzy zmarli w nocy. Rozbierano ich i wrzucano na wóz. Ciała wyglądały jak pokryte skórą szkielety.

-  Musieliśmy na to patrzeć. Wóz ciągnęło kilku mężczyzn z „Łagier Komando”. Zmarłych wywożono za ogrodzenie do lasu i wrzucano do dołu. Mężczyźni, którzy wywozili ciała mówili, że postawili na tych zbiorowych mogiłach krzyże z brzozy, których rosło dużo w lesie – opisywała pani Anna.

Reklama

Tym samym wozem przywożono produkty spożywcze do kuchni w łagrze, takie jak chleb, suszone ryby, jakieś śmierdzące mięso i inne.

Los więźniów polepszył się nieco w maju, gdy wszystko się zazieleniło, a temperatury wzrosły.

  - Jeżeli się nam udało, zbierałyśmy w lesie nad rzeką liście poziomek i pokrzyw na herbatę. Wieczorem osoby, które pracowały w kuchni, przynosiły gotowaną wodę (kipitok) do ziemianek i można było zaparzyć herbatę. Tym sposobem pomagałyśmy chorym, których było bardzo dużo – opowiadała sybiraczka.

Reklama

Zesłańcy chorowali m.in. na tyfus i dur brzuszny. Plagą była wszawica.

- Kobiety były całe opuchnięte, nie mogły chodzić. Na nogach skóra pękała i wyciekała woda, a najgorsze były biegunki. Słabi nie wytrzymali. W ziemiankach był głód, brud, wilgoć i zimno. W lepszej sytuacji były kobiety, które leżały na górnej pryczy, bo więcej brudów było na dole. (…)Głód był straszny, ale jeszcze gorsze były wszy, które gryzły niemiłosiernie we włosach i na całym ciele. W żaden sposób nie można było zlikwidować tej plagi. Nawet ścięcie włosów nie pomagało. Do tego był jeszcze świerzb. Później prowadzili nas do łaźni i do odwszawiania. Po odwszawieniu jeden dzień był spokój, a  następnego dnia znowu było ich pełno. Pamiętam, że miałam wełnianą halkę zrobiona na drutach, która ruszała się w oczach, tyle było w niej wesz – opowiadała pani Anna.

Mieszkańcy łagru wymieniali się między sobą. Za porcję chleba można było dostać lepszą puszkę po konserwach, grzebień zrobiony z drewna, łyżkę drewnianą czy mały kawałek mydła. Po zakończeniu działań wojennych w łagrze pojawiła się komisja z Czerwonego Krzyża. Pozwolili zesłańcom napisać do rodzin, jednak bez podania adresu zwrotnego. Ci cieszyli się, że bliscy dowiedzą się, że żyją. Niestety  już po kilku dniach kartki znaleziono rozrzucone w lesie.

       - Do dziś się zastanawiam, jak to wszystko można było przeżyć. Byliśmy gorzej traktowani niż zwierzęta – głodni, brudni, obdarci, żołnierze krzyczeli „bistro, bistro”, a zawsze było za wolno. Przy takim odżywaniu byliśmy słabi, modliliśmy się, bo tylko modlitwa nam została. Po cichu, tak aby żołnierze nie słyszeli, odmawialiśmy na pryczy różaniec. Miałam tylko medalik Matki Boskiej Szkaplerznej. Modliłam się i wierzyłam, że Matka Boska Sianowska mnie wysłucha. Czasami już traciłam nadzieję, uważałam, że jest to niemożliwe, przerażała nas odległość 4.000 km od domu – opowiada pani Anna.

Matka Anny również modliła się do Sianowskiej Królowej. Nie wiedząc, co się stało z córką, chodziła po urzędach próbując  bezskutecznie zdobyć informacje.

Jeden ziemniak

Mieszkańcy łagru spotykali się po pracy za ziemiankami na tzw. parolach. Choć groził za to karcer, była to jedyna możliwość wymiany informacji. Ci, którzy wychodzili do pracy poza łagier, dowiadywały się o transportach do Polski. Okazywało się jednak, że były transporty do innych łagrów np. do Szadryńska przywieźli transport z Archangiejska.

Pod koniec czerwca zesłańców przewieziono do kołchozu, gdzie pielili buraki, kapustę i marchew Trzymano ich w drewnianym baraku.Z liści buraczanych i łopuchy, zebranych przy pieleniu więźniarki gotowały zupy. Później pojawiły się młode ziemniaki. Każda mogła wykopać jeden. Potem tarły go na tarce, zrobionej z kawałka blachy z puszki, a następnie gotowały z wodą i liśćmi.

-  Wychodziła z tego smaczna zupa, a żołądki nie były już puste. Wszy już też nie było. Moja brygada składała się z 20 dziewczyn. Pilnowały nas dwie brygadzistki – Rosjanki i dwóch wachciorów z karabinami. Starałyśmy się dobrze pracować, za co brygadzistki pozwalały nam gotować zupy – opowiada pani Anna.

W sierpniu rozpoczęły się wykopki. Przez sześć tygodni pani Anna przekopywała łopatą dwa rzędy, z których kolejne dwie osoby zbierały ziemniaki do wiader.

- Wtedy już nie byłyśmy głodne. Jak okiem sięgnąć było pole, były małe zagajniki i strumyki, woda i gałęzie do ogniska. Brygadzistki już nas tak nie pilnowały, poszły z wachciorami hulać do zagajników. Przyniosły nam nawet sól. Dla nich też gotowałyśmy ziemniaki czy zupy jarzynowe. Inne brygady pracowały przy kopaniu marchwi i cebuli – była wymiana – opisywała pani Anna.

Co dwa tygodnie kobiety prowadzono do łaźni.

- Była prowizoryczna, ale umyć się było można. Któregoś razu, gdy noce były już zimne, brygadzistce zginęły pończochy. Wypędzono nas wszystkie z baraku do apelu i stałyśmy za karę całą noc na dworze. Padał wtedy śnieg. Rano zmarznięte poszłyśmy do pracy bez chleba i miałyśmy zakaz gotowania na polu czegokolwiek – czytamy w relacji.

Odśnieżanie kilofem

 15 września spadł śnieg, pola zamarzły, połowa ziemniaków pozostała przez to w ziemi. Kobiety przeniesiono do łagru w Kurganie. Trafiły do baraku z piecem i piętrowymi pryczami z desek. Każda dostała siennik wypchany trocinami, było czysto. Wszy zniknęły, pojawiły się za to pluskwy. Porcje chleba, można było zamienić na lepszą puszkę z uchwytem, mydło, pończochy, igły i nici. Za łagrem znajdowała się  fabryka proszku do prania. W drodze do pracy udało się go trochę zdobyć. Więźniom dano ciepłe, watowane, ale brudne ubrania, walonki, czapki na uszy i rękawice. Kobiety spędzały dni na ciężkiej pracy na mrozie-  przy odśnieżaniu torów kolejowych i peronów. Rezygnowano z niego tylko wówczas, gdy temperatury spadały 40 stopni poniżej zera. Ciężką pracę nagradzano lepszą zupą.

- Gdy wracaliśmy z pracy było już ciemno. Kradliśmy z tartaku nieopodal łagru odpady drzewa i wszystko inne, co się udało, aby napalić w piecu. Jeśli dobrze poszło, żołnierze na to nie reagowali – opisywała była sybiraczka.

Wigilia pełna łez

Pierwsze święta poza domem, w grudniu 1945 roku, były niezwykle trudne.

- W Wigilię była nawet bardzo mała choinka. Nasze porcje chleba zostawiłyśmy na kolację, były kolędy i łzy. Każdy był myślami w domu z bliskimi. Wojna się skończyła, a nas trzymają w łagrze nie wiadomo za co. W Kurganie najbliżej byłam z Lilą Skierka – spałyśmy obok siebie. Chorowała na padaczkę. W Wieczór Wigilijny pięć dziewczyn dostało ataku padaczki jedna po drugiej – czytamy w relacji pani Anny.

W pierwszy dzień Bożego Narodzenia kobiety od rana pracowały przy odśnieżaniu torów. Śnieżną zmarzlinę i lód skuwało się kilofem, a łopatą wrzucało na podstawione wagony. W pewnym momencie do pani Anny podszedł młody cywil i dał jej bochenek białego chleba. Rozpłakała się. Podzieliła się nim z towarzyszkami niedoli zamiast opłatka.

- Wszystkie płakałyśmy, przypomniał się nam dom, wszyscy bliscy, a my tu na poniewierce, nie podobni do ludzi, otępiali, zastraszeni, obdarci, stale pod strażą uzbrojonych żołnierzy – wspominała.

Zmieniła się kolejna pora roku, a wraz z nią praca więźniarek. Trafiły na budowę. Pani Anna nosiła cegłę i zaprawę murarską w wiadrze po drabinie, sprzątała po stolarzach i murarzach.

Do kolejnego łagru

Lato minęło, przyszła kolejna ciężka zima. Był ostry mróz, więźniarki znów odśnieżały tory i perony. W lutym pani Anna odmroziła sobie wszystkie palce u obu stóp. Przez dwa miesiące nie wychodziła z baraku. Pielęgniarka z ambulatorium przynosiła płyn w kolorze fioletowym na okłady. Znowu pojawił się wrzód w gardle.

- Pielęgniarka pocieszała mnie, że lekarz powiedział, że będzie transport chorych i słabych do Polski. Transport był, ale nie do Polski, tylko do Charkowa. Razem ze mną jechała Elżbieta Skierka. Jechaliśmy takimi samymi wagonami jak na Sybir, przez kilka dni. Pod koniec transportu zabrakło żywności, ponieważ planowo podróż miała trwać krócej. Przez trzy doby nie dostaliśmy jedzenia ani picia – czytamy we wspomnieniach pani Anny.

Gdy pociąg dotarł do Charkowa, jego pasażerowie byli już bardzo słabi. Do wagonów przyniesiono im przegotowaną wodę do picia, a potem zupę. Z dworca zaprowadzono do dużego łagru międzynarodowego. Znajdowali się tam uczestnicy Powstania Warszawskiego, a także Niemcy, Węgrzy, Jugosławianie, Rumuni. Wszystkich traktowano jak jeńców wojennych. Jak relacjonowała pani Anna, warunki były lepsze niż w poprzednich. Znajdowały się tam łaźnie, mały szpital, stołówka, łóżka polowe z pościelą. Był dentysta – Polak z Łodzi i lekarz - Węgier. Wszyscy dostali przydział tytoniu, 17 gramów cukru i 10 rubli miesięcznie.

„Bardziej podobni do ludzi”

Pani Anna trafiła do pracy w szwalni. Musiała dziennie uszyć osiem prześcieradeł. Znajdowali się tam też krawcy, szyjący dla wojska. Za przydziałową porcję tytoniu, krawiec uszył pani Annie spódniczkę i płaszcz ze starego, wojskowego. Szewc zrobił buty, a za zaoszczędzone ruble kupiła bluzkę, bo ci, którzy wychodzili do pracy w mieście, mieli taką możliwość.

- Już trochę byliśmy podobni do ludzi. Ze mną było sześć dziewczyn (…) Z komendantury NKWD, w której pracowała Rosjanka (zrobiłam jej na drutach skarpety i rękawiczki), dowiedziałam się, że w listopadzie będzie transport do Polski i że jestem na liście. Nie wierzyłam, bo już tyle razy to obiecywali – opowiadała.

Powrót do domu…

To na co ta długo czekała, okazało się jednak prawdą.  Panią Annę z innymi zabrano na dworzec, zamknięto w wagonie z 39 mężczyznami. Jednemu z powstańców warszawskich, starszemu wagonu, przykazano by się opiekował dziewczyną.

- Nie wierzyliśmy, że jedziemy do Polski. Dopiero w Brześciu usłyszeliśmy polską mowę i zaśpiewaliśmy „Jeszcze Polska nie zginęła…”. Wszyscy płakali, a byli to mężczyźni w średnim wieku – opowiadała.

15 listopada 1947 roku w Białej Podlaskiej, w punkcie repatriacyjnym, Anna Kos została zwolniona.

- Dziwne to było uczucie. Cały czas pod eskortą żołnierzy z karabinami, a raptem wolni. Każda osoba dostała bilet, na przejazd do domu, 1000 złotych, puszkę konserwy, a ja oprócz tego dostałam jeszcze buty na wysokich obcasach. Zakazali nam mówić skąd wracamy - opisywała.

Pani Anna dotarła do domu, dokładnie w swoje 22 urodziny, 18 listopada.

- I tak NKWD wydarł mi 2 lata i 8 miesięcy mojej młodości. Nie wiem, za co byliśmy zastraszani, upokorzeni, głodni, obdarci, nieludzkich warunkach zawszeni i schorowani – wyznała na koniec.

Wspomnienia zostały opracowane na bazie materiału udostępnionego przez Muzeum Kaszubskie w Kartuzach, opracowanego przez Barbarę Kąkol. Wspomnienia Anny Kos spisano w 1992 roku.

Załączona fotografia jest zdjęciem ilustracyjnym. Przedstawia jeńców schwytanych przez Rosjan podczas I Wojny Światowej, pochodzi z Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Pisiorek - niezalogowany 2020-09-20 21:09:23

    Tak samo powinno dzisiaj potraktować się każde czerwone ścierwo które twierdzi, że sowieckie komunistyczne bestie przyniosły Polsce wyzwolenie. O takich scierwach jak Izaak Stolzman powinno się uczyć już w podstawówce a nie że synalek tego ścierwa jest gloryfikowany jako wielki Polak.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • gość 2020-09-22 15:54:40

    ładnie się nazywasz.. PISiorek... kradniesz jak każdy PISowiec?

    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    gość 2020-09-20 21:15:42

    Lewactwo to złodzieje i mordercy, normalnie dzicz, nic się nie zmieniło, gówniarze nadal łykają bajeczki o dobrym wpływie ideologii marksizmu i Leninizmu

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości