Warszawa to miasto, które przede wszystkim jest siedzibą naczelnych organów naszej Ojczyzny. Miałem przyjemność odwiedzić stolicę kolejny raz w swojej wędrówce z długopisem i aparatem w dłoni. Była to wycieczka w szukaniu prawdy i sprawiedliwości. Czy je znalazłem? Raczej nie, ale jestem przekonany, że jest coraz lepiej.
Grażyna i Mirosław Kurowscy to bohaterowie kilku moich artykułów, za które obecna pani senator ciągała mnie po sądach. Wygrałem z nią spór o dociekanie prawdy, ale Kurowskim nadal żyje się źle, dzięki senatorskiemu mężowi. Nie dość, że wskutek jego działań ponieśli bliżej nieocenione straty, to jeszcze muszą tułać się po sądach w dążeniu do prawdy. Wczoraj odbyła się w warszawskim sądzie kolejna rozprawa dotycząca przetargu, w wyniku którego pan Mielewczyk nabył swoje nieruchomości w Borczu. Kurowscy podważyli tylko jeden aspekt owej transakcji – wykup drogi, z której korzystają także oni. Może nie do końca tylko oni, ale głównie klienci korzystający z usług ich sklepu w tej wsi. Usłyszałem wczoraj w stołecznym sądzie, że pan Mielewczyk działał na ich szkodę, że nadal to czyni i że mają rację Kurowscy w swojej walce o prawo i sprawiedliwość. Było to dość zaskakujące, gdyż dotychczas sądy w tym zakresie wypowiadały się jakoś inaczej. Szczególnie sądy pomorskie, z kartuskim włącznie.
Jaka jeszcze nas czeka „rewolucja” w kartuskim wymiarze sprawiedliwości tego nie wiem i wiedzieć nie muszę, ale wiem już na 100%, że sąd ten działa jakoś wybiórczo. Sprawa p. Kurowskich, sprawy M. Hinca, czy też inne mogą budzić pewne wątpliwości i potwierdzają to ostatnio zachodzące tam zmiany. Nie oznacza to wcale, że podważam wiarygodność kartuskiego wymiaru, ale wątpliwości swoje mieć mogę, przynajmniej po tym, czego byłem i jestem świadkiem.
Wczoraj jednak odwiedziłem Warszawę i na tym się skupię w swojej opowieści. Punktualnie (jak nigdy dotąd) Wysoki Sąd w składzie dwuosobowym (sędzia i protokolantka) rozpoczął swoje obrady z powództwa ww. Grażyny i Mirosława Kurowskich. Pozwanymi w sprawie byli Krzysztof Mielewczyk, biznesmen z Borcza i Agencja Rolna, która sprzedała majątek p. Mielewczykowi, a wcześniej działkę Kurowskim. Sprzedając jednak owe nieruchomości, pracownicy Agencji jakoś dziwnie „zapomnieli”, że obydwie parcele mają wspólną drogę, a tą zapisano Mielewczykowi. Od tego praktycznie rozpoczęła się „wolna amerykanka” w wykonaniu męża pani senator, która trwa do dzisiaj. Jakie straty ponieśli Kurowscy z powodu zagrodzenia im drogi do sklepu trudno oszacować, ale pewnym wydaje się fakt, że na długi okres czasu mogli zapomnieć o handlowaniu i jakichkolwiek zyskach.
Jak powiedzieli mi wczoraj, po zakończeniu wszelkich spraw sądowych przeciwko K. Mielewczykowi wytoczą mu na koniec sprawę o odszkodowanie i nie będzie to wcale mała kwota, jakiej będą żądać. Sąd warszawski ani w jednym słowie nie podważył wiarygodności zeznań małżonków Kurowskich. Stwierdził nawet, że panująca tam sytuacja jest anormalna , a sporządzona umowa pomiędzy Agencją , a Krzysztofem Mielewczykiem to prawny bubel. Potwierdzono również niepodważalny fakt, że dostęp do spornej drogi jest należny Kurowskim jak rybie woda, a działania p. Mielewczyka określił sąd jako cwaniactwo o nastawienie na zysk człowieka bogatego. Podczas przerwy w obradach usłyszałem w rozmowie dwóch mecenasów, że Polacy bogaci mają w nosie prawo i tak bardzo pasowało mi to do sytuacji z Borcza. Czy tak jednak być powinno? PiS obiecuje, że nie i jeżeli to zrealizuje to uwierzę im jak nikomu. Jednak wiara moja jest na tyle krucha, ponieważ pani senator Arciszewska z PiS-em właśnie szła do wyborów…
Obserwując lokalnych biznesmenów nie mam wątpliwości, że często stoją oni ponad prawem. Pomijam to, że parkują gdzie chcą, jeżdżą jak chcą i nic im za to się nie dzieje. Jednak to znaczy niewiele w porównaniu z tym, że zatrudniają dziesiątki, jak nie setki pracowników „na czarno”, a PiP, ZUS i US jakby tego nie zauważał. Inaczej by się działo, gdyby dopuścił się tego byle sklepikarz… Po swoim przypadku wiem, że dwa jednakowe czyny mogą być skrajnie różnie interpretowane przez wymiar sprawiedliwości.
Na sądowej sali zasiadło kilkoro widzów, wśród których znalazł się również bohater ostatniego mojego wywiadu, pan Marian Hinca. Po rozprawie z udziałem Kurowskich udałem się wspólnie z panem Marianem do najważniejszych instytucji w Państwie. Odwiedziłem z nim Sejm, Senat i Ministerstwo Sprawiedliwości. Nie była to jednak zwykła wycieczka.
Pan Marian złożył w tych instytucjach szereg pism i skarg, a wszędzie został wysłuchany z zainteresowaniem i obiecano mu reakcje na jego „bolączki”. Odniosłem wrażenie, że w Polsce „powiało” czymś nowym i obym się nie mylił. Czego dotyczyły pisma M. Hinca i jaki będzie ich wydźwięk, będę informował na bieżąco. Myślę, że będzie to materiał na kilka, obszernych artykułów.
Powrót z Warszawy, pomimo fatalnych warunków na drodze, był o tyle milszy dla Państwa Kurowskich, że wreszcie uwierzyli oni, że można coś w tym kraju wywalczyć, nawet nie mając „pleców” i nie tkwiąc w żadnych układach.
Dla nich zabłysła nadzieja, zaś Marian Hinca był zadowolony, że w samej stolicy potraktowano go jak każdego innego obywatela, z czym tak rzadko spotykał się przed laty w Gdańsku, czy też Kartuzach. Mnie zaś przyjdzie czekać na „owoce” wczorajszej wizyty, jak i mieć nadzieję, że prawo zacznie wreszcie być sprawiedliwe…
a w Warszawie pod siedzibą sądu rozdają wizytówki z burdeli, czy to jest prawe i sprawiedliwe? 8)