Przez niemal całe sobotnie spotkanie zawodnicy Cartusi i Kaszubii tworzyli raczej nudne i pozbawione wszelkich piłkarskich emocji widowisko. Mecz jednak nie rozczarował, głównie za sprawą ostatnich 10 minut, w których większego napięcia i dramaturgii nie byłby w stanie stworzyć sam Alfred Hitchcock. Ostatecznie Cartusia ograła Kaszubię 2:1, potwierdzając tegoroczną dominację na Kaszubach.
Już po pierwszym gwizdku sędziego stało się jasne, że żadna z ekip nie zamierza forsować tempa czy narzucać rywalom swojego stylu gry. Taktyka obu zespołów ograniczała się do przeszkadzania przeciwnikowi i przerywaniu już „w zarodku” wszelkich akcji ofensywnych. Z zadania tego zawodnicy wywiązywali się wręcz doskonale, bo gdyby nie dwie, dość przypadkowe sytuacje, kibice nie mieliby nawet okazji by wydać z siebie chociażby jęk zawodu. Najpierw w 31 minucie krosowa piłka, bita z prawej flanki, przeturlała się przez całą długość pola karnego Kaszubii. Na szczęście dla gości, żadnemu z podopiecznych Adama Adamusa nie udało się dostawić nogi.
Na pięć minut przed przerwą prezent biało-bordowych sprawił Karasiński, fatalnie kiksując w obronie. Przyjezdni znaleźli się w sytuacji sam na sam z bramkarzem Cartusi, ale arbiter potraktował tę wpadkę jako udaną pułapkę offside"ową i odgwizdał pozycję spaloną.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ drastycznej poprawie, choć za sprawą kilku stałych fragmentów z większą uwagą można było śledzić wydarzenia na boisku. One też zresztą przesądziły o losach spotkania. W 51 minucie zapachniało golem dla Kaszubii. Bezpośrednio z rzutu wolnego z 25 metrów uderzył Żuk, jednak piłkę zmierzającą prosto w prawy górny róg bramki w kapitalnym stylu trącił Czyżniewski. Kwadrans później goście mieli niemal identyczną okazję do objęcia prowadzenia. Tym razem do piłki ustawionej tuż za linią pola karnego podszedł Grzywacz, ale i w tej sytuacji najwyższym kunsztem wykazał się bramkarz Cartusi.
Gospodarze nie pozostali dłużni i w ciągu kolejnych pięciu minut dwukrotnie sprawdzili formę Kafarskiego. Najpierw znakomitą paradą bramkarz sparował na róg strzał Mitury, by po chwili przepuścić już po raz drugi w tym spotkaniu piłkę przecinającą jego pole bramkowe. I tym razem bez konsekwencji. Co prawda futbolówka trafiła wprost do Gruchały, ale ten musnął ją zbyt lekko i z linii zdołali ją jeszcze wybić defensorzy z Kościerzyny.
Po tym ciekawszym fragmencie gra znów „siadła” i gdy wydawało się, że III-ligowe derby Kaszub zakończą się pierwszym w historii remisem, sędzia główny podyktował rzut karny po faulu na Grzywaczu. „Jedenastkę” na bramkę pewnie zamienił Banaczek i od 84 minuty Kaszubia prowadziła w Kartuzach 1:0. Miejscowi rzucili się co prawda do odrabiania strat, ale biało-bordowi umiejętnie się bronili, do tego wyprowadzając szybkie kontry.
Tymczasem na dwie minuty przed upływem regulaminowego czasu gry, w zamieszaniu pod polem karnym gości, sędzia odgwizdał przewinienie zbyt wylewnego Kafarskiego i przyznał Cartusi rzut wolny pośredni. Krótkie podanie trafiło do Zagórskiego i piłka wpadła do siatki tuż przy lewym słupku. Na trybunach rozpoczęła się feta z uratowanego w końcówce remisu, ale kartuzianie nie zwolnili tempa i oblężenie bramki rywali trwało nadal. Jak się okazało, ze znakomitym skutkiem.
W ostatniej akcji meczu Cartusia wykonała rzut wolny z prawej strony boiska. Do dośrodkowania najwyżej wyskoczył Rubin i z najbliższej odległości pokonał bezradnego Kafarskiego. Fenomenalna końcówka zapewniła gospodarzom 3 punkty i miano najlepszego teamu na Kaszubach!
Komentarze