Reklama

Z pamiętnika wolontariuszki. Pierwsze wrażenia z Afryki

15/09/2009 11:40
W najnowszym wydaniu Gazety Kartuskiej można przeczytać pierwszą część korespondencji z Zambii. Jej autorką jest Magda Rogalewska, wolontariuszka z Żukowa, która wyjechała do Afryki na początku sierpnia br. Tam pracuje ona z dziewczynkami pochodzącymi z rodzin patologicznych.

Od wielu miesięcy przygotowywałam się na wyjazd do Afryki, aż w końcu nadszedł dzień 6 sierpnia. Jeszcze ostatnie podpisy składane na różnych dokumentach, ostatnie wspólne zdjęcia i odjazd na lotnisko. Trochę nerwów przy odprawie bagażu, bo przecież na rok zabiera się sporo rzeczy. Wszystko udaje się wspaniale. Żegnam się z najbliższymi (ukradkiem ocieram łzy) i… rozstajemy się na 12 miesięcy.

Do mojej wymarzonej Afryki wyruszam

z uczuciem podekscytowania, a zarazem obawą przed podróżą w tak odległe miejsce, bez rodziny i przyjaciół. Do tej pory ograniczałam się do wyjazdów turystycznych po Europie i zawsze w towarzystwie bliskich mi osób. Trudno było mi nawet wyobrazić sobie, jak będzie na miejscu, do którego się udaję. Wcześniej kontaktowałam się z dwiema polskimi wolontariuszkami i wypytałam o wszystko, co tylko wpadło do głowy. Chciałam wiedzieć jak najwięcej, ale mimo to, trudno było sobie wyobrazić jak to będzie. Na szczęście na placówkę misyjną zostałam posłana z jeszcze jedną osobą, którą poznałam na spotkaniach przygotowujących wolontariuszy do pracy na misji. Mogłyśmy więc być dla siebie wsparciem podczas podróży.

Po raz pierwszy leciałam samolotem

i spodobała mi się taka forma transportu. Szybko dotarłyśmy z Warszawy do Paryża, gdzie na przesiadkę musiałyśmy czekać pięć godzin. Gdy nadeszła pora odprawy, obsługa zatrzymała nas na chwilę (w końcu nieczęsto dziewczyny lecą z Europy aż do Zambii). Gdy już mogłyśmy iść dalej, kiedy nareszcie odnalazłyśmy się w odpowiednich bramkach, to okazało się, że jako jedne z ostatnich wchodziłyśmy do samolotu. Dreszcze przeszły po plecach na myśl, że mogłyśmy się spóźnić. Widok Paryża nocą z wysokości samolotu był piękny.

Po długiej podróży wylądowałyśmy w RPA

Tam miałyśmy godzinę na odebranie bagażu, przepakowanie się (obowiązują inne kilogramy w bagażu podręcznym niż u nas) i przejście przez kolejną odprawę. Niestety, okazało się, że jak na afrykańskie warunki miałyśmy za mało czasu. Wszyscy przylatujący są tam dokładnie sprawdzani i wypytywani o cel przybycia, więc trochę czasu zeszło nam w kolejce. Następnie musiałyśmy odebrać bagaż, ale po drodze zatrzymał nas pan z ochrony, gdyż jego pies wyczuł coś w podręcznej torbie koleżanki. W podręcznym bagażu nie wolno przewozić jedzenia, natomiast my wiozłyśmy polską szynkę. Pan zatrzymał nas na dłuższą chwilę (chyba tylko po to, by porozmawiać sobie z dwiema białymi kobietami!). Musiałam cierpliwie mu tłumaczyć, potem jego koledze, przy tym ładnie się uśmiechając, że inna koleżanka czeka na tę szynkę od roku, bo tam w Zambii już tyle czasu pracuje, a o polskiej szynce tylko marzy, a my lecimy do Lusaki, więc nie mamy czasu na dalszą rozmowę. Udało się! Na szczęście zadziałał urok osobisty polskich dziewczyn!

To jednak nie koniec, ponieważ przeprawa z celnikami zajęła mimo wszystko dużo czasu i nasz samolot do Lusaki — stolicy Zambii, odleciał bez nas. Byłyśmy już wykończone podróżą, a na następny lot przyszło nam czekać kolejne pięć godzin. Miałam więc czas, by poobserwować mieszankę rasową i kulturową, jaką można spotkać w takim miejscu.

Podróż – 26 godzin!

Potem już większych problemów nie miałyśmy, więc po godzinie 18.00 (po 26 godzinach w podróży) dotarłyśmy do Lusaki. Słońce zaczynało zachodzić i w ciągu 20 minut zrobiło się całkowicie ciemno. Czułam się, jak u nas o godzinie 23.00. I takie wrażenie po afrykańskim zachodzie słońca miałam jeszcze przez kilka dni. Teraz już się przyzwyczaiłam, że gdy jest godzina 17.00, to oznacza, że niebawem nadejdzie ciemny wieczór (w Zambii jest 12 godzin ciemności, a 12 godzin słonecznych – nie ma zmierzchu wieczorem, nie ma świtu o poranku).

Po dotarciu na misję

odczułam lekki szok kulturowy. Nie było światła w całej dzielnicy (podobno częste zjawisko) i właściwie nie widziałam, gdzie nas wiozą ludzie, którzy odebrali nas z lotniska. Zostawiłyśmy w swoich pomieszczeniach tylko bagaże i poszłyśmy na wieczorek z okazji Dnia Wolontariusza, jaki zorganizowali tu wolontariusze i dziewczynki z misji. A dziewcząt mieszka tu około 60, więc na wieczorku było bardzo głośno.

Magda Rogalewska
opr. M


Pozostałą część korespondencji można przeczytać w najnowszym wydaniu Gazety Kartuskiej
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości