Reklama

Żukowo. 50 lat po maturze. Kameralne spotkanie pełne wspomnień

Od maturalnych dni minęło pół wieku. Absolwentki żukowskiego Liceum Pedagogicznego, które egzamin dojrzałości zdawały w 1969 roku, spotkały się nie po raz pierwszy. Dlatego też nie mogło obyć się bez jubileuszowej imprezy. Przyjechały z różnych zakątków województwa pomorskiego. Byłe licealistki przybyły z Trójmiasta, powiatu kartuskiego, Pruszcza Gdańskiego, a nawet z Koszalina i Władysławowa. Kilkugodzinne spotkanie było pełne wspomnień.

Dla Ireny Demel, bardzo młodej wówczas nauczycielki, była to jej pierwsza klasa w zawodowym życiorysie, nad którą objęła wychowawstwo. Pierwsze jej spotkanie z uczniami było nietypowe. W tym dniu uczniowie jechali na wykopki. Wchodząc do autobusu, przedstawiła się swoim 27 podopiecznym i ruszyli do społecznej pracy. Z tego dnia zapamiętała "zaginięcie" dwóch uczennic.

- Nie denerwowałam się, nie wpadłam w panikę, bo okazało się, że dziewczyny po prostu pojechały sobie wcześniej do domu. Generalnie klasa była super, bo gdyby tak nie było, to byśmy się nie spotkali. Takie przynajmniej ja mam wspomnienia - oznajmiła Irena Demel.

Bardzo mile wspomina fakt, że otrzymywała kartki z życzeniami w czasie wakacji. Przypomniała też sobie studniówkę. Wówczas wszystkie odbywały się w szkołach. Był zwyczaj, że dziewczyny występowały w sukienkach w tym samym kolorze. Jej klasa zdecydowała, że będzie miała czarne spódniczki i białe bluzki. To wyglądało bardzo elegancko.

Regina Kiełbasa policzyła, że podobnych wspólnych spotkań było już 10, w tym trzy zjazdy wszystkich absolwentów żukowskiego liceum.

- Pani wychowawczyni patrzy na nas przez różowe okulary, ale prawda jest taka, że mieliśmy swoje wyskoki. Głównie dotyczą one naszego pobytu w internacie, bo w szkole naprawdę byliśmy grzeczni. Pod koniec klasy czwartej pojechaliśmy na dwutygodniową wycieczkę dookoła Polski. Nasza wychowawczyni miała z nami utrapienie podczas zwiedzania zamku w Malborku, ponieważ dołączył do naszej grupy mężczyzna z tupecikiem. My jako młode kozy zaśmiewałyśmy się do rozpuku, a wychowawczyni nas uspokajała, bo uznała, że takie zachowanie jest po prostu niegrzeczne. Dzisiaj jeszcze mogę przyznać, że ten pan wyglądał bardzo oryginalnie - powiedziała Regina Kiełbasa, organizatorka spotkania.

Dodała też, że podczas wspomnianej już wycieczki klasa zatrzymała się w Zakopanem. Tam spano w namiotach, których nie chciało się im solidnie okopać. W nocy padał deszcz. Przed snem koleżanka Wanda Zawada złożyła swoje spodnie na kant i położyła pod materac. Efekt? Na dalszą drogę zostały jej mocno cieknące spodnie, a czasy były takie, że ze sobą miało się tylko jedną parę.

Wycieczka kosztowała ich tylko 312zł. Resztę dorzucił Związek Młodzieży Wiejskiej i szkoła. Czy niewiele ponad 300 zł to dużo czy mało? Dla porównania, słodki hit tamtych lat - baton krymski kosztował 5 złotych.

- To była niezapomniana wycieczka. Pierwszy raz byliśmy na Targach Poznańskich. Pierwszy też raz piliśmy kawę w małych filiżaneczkach i jedliśmy lody cassate. Ich smak pamiętam do dzisiaj. Obowiązkowo w kawiarni trzeba było umieć się kulturalnie zachować. Dzisiaj młodym ludziom trudno zrozumieć z czego myśmy potrafili się cieszyć - uznała Jadwiga Hewelt.

Wanda Zawada pamięta wpadkę w internacie. Przed nocną ciszą poszła z koleżankami do prasowalni... na papierosy. Ona sama była niepaląca, ale stała na czatach. Dyżurujący profesor, człowiek niepalący, od razu wyczuł zapach dymu. Kierownik internatu kazał dziewczynom napisać list do rodziców z opisem całego zdarzenia. Wanda Zawada dała list, ale bez znaczka. Tłumaczyła to... brakiem pieniędzy. "Chytry" wybieg sprawił, że korespondencja nigdy nie dotarła do adresatów.

- Pamiętam taką sytuację, kiedy robiliśmy... epidemię grypy. Starsi koledzy zatrzymywali nas w szkole, robiąc "badania". Patrzyli w oczy, oglądali język i zdiagnozowali grypę. Baliśmy się ich, więc wróciłyśmy do internatu, aby tam leżeć w łóżkach. Aby mieć gorączkę, trzeba było jeść surowe kartofle albo proszek do pieczenia. Żeby płakać nacieraliśmy sobie oczy cebulą. Komisja dała się na to nabrać. Ogłoszono epidemię grypy i odesłano nas do domów, z czego się bardzo cieszyliśmy - wspominała Daniela Szubert.

Halina Szawkało powróciła jeszcze do wycieczki. Pamięta spływ Dunajcem przy pięknej pogodzie. Profesor Witold Klimkiewicz miał kamerę i kręcił film. Jako przyszłe nauczycielki mogły poznać piękno naszego kraju. To dla nich było ważne. Uważa, że dzisiejsza młodzież się tym nie fascynuje. Bardziej im imponuje wyjazd za granicę.

- Pamiętam taką lekcję historii, podczas której chodziło o naturalne wodospady na Nilu. Profesor historii Czesław Demel, zapytał o ich nazwę. Zamiast odpowiedzieć katarakty, "zamieniłam" je na katakarty. Dostałam za to pierwszą ocenę niedostateczną - dodała.

Po dużej dozie wspomnień wszystkie uczestniczki zadeklarowały, że na pewno nie jest to ich ostatnie spotkanie.

L.T.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Wspomnienia - niezalogowany 2019-05-27 23:20:59

    Po Liceum Pedagogicznym było Technikum Surowców Rolnych. Lata 70, też uczyła nas fizyki prof. Irena Demel, chemii prof. Klimkiewicz, geografii prof.Z. Szlachetka, matematyki sam dyr. S.Kosznik. Była też polonistka W. Czartoryska czy prof. rosyjskiego S.p. A. Januszkiewicz. Itd. Wszystkich wspominam bardzo mile, pozdrawiam serdecznie profesorską załogę żukowskiej szkoły. Elżbieta

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości