Reklama

19 lat po zabójstwie w Grzybnie - skazani na wolności, Marcin K. wciąż poszukiwany

21/09/2023 12:32

21 września mija 19 lat od zabójstwa hurtownika Mirosława M. w Grzybnie. W nocy z 20 na 21 września 2004 roku miał zostać napadnięty przez przez dwóch mężczyzn, a "wystawiony" przez swojego bratanka, któremu dał pracę. Łącznie na ławie oskarżonych zasiadło czterech mężczyzn. Wszyscy już zakończyli odbywanie kary. Główny podejrzany Marcin Kropidłowski wciąż jest nieuchwytny dla organów ścigania.

43-letni Mirosław M. mieszkał wraz z rodziną w Grzybnie. Od kilku lat prowadził działalność gospodarczą - skup i sprzedaż jaj. W ramach swojej działalności w Grzybnie wybudował hurtownię. Mirosław M. codziennie wstawał około godziny 2-3 w nocy. Szedł piechotą do hurtowni i wyjeżdżał samochodem na giełdę do Chwaszczyna. Bardzo rzadko zdarzało się, że nie wyjechał o tej porze lub spóźniony. Gdy tak jednak się zdarzało informował o tym. Samochód, którym jeździł na giełdę, był załadowany poprzedniego dnia wieczorem. Klucze od pomieszczeń hurtowni zazwyczaj zostawiał w domu. Miał też czarną saszetkę zapinaną na dwa zamki. Nosił w niej dokumenty i pieniądze. 

Mirosław M. zarządzał finansami rodziny i firmy. On decydował na co i jakie kwoty będą przeznaczone. Jego żona nie interesowała się bliżej jego interesami. Więcej na ten temat wiedziała jego córka, która była zorientowana w cenach, a także pomagała ojcu w układaniu faktur. Liczyła pieniądze z codziennego utargu. Były to różne kwoty - od 10 tys. do 50 tys. zł. dziennie. Gdy pytała ojca czy to wszystkie, często szukał jeszcze w saszetce. Były to pieniądze przeznaczone na wydatki, gdyż zarobek zawsze przechowywał w innych miejscach. O pieniądzach w saszetce wiedziało wiele osób, praktycznie wszyscy z nim współpracujący i robiący interesy. Sam był człowiekiem małomównym i zamkniętym. 

Reklama

Mirosław M. od pewnego czasu planował zakup nowego samochodu dostawczego. Zamierzał sprowadzić go zza granicy. Zakup samochodu miał nastąpić na dniach. Zbierał pieniądze na ten cel. 

Wystawił go bratanek

Łukasz M. był stałym pracownikiem hurtowni od około roku przed zdarzeniem. Był bratankiem pokrzywdzonego. Jego praca polegała na sprzedaży jajek. Pomagał też w ich paczkowaniu. Stosunki z jego pracodawcą, a zarazem wujkiem układały się bardzo dobrze. W tym okresie jego siostra była dziewczyną Marcina Kropidłowskiego, który wraz Łukaszem M. powzięli zamiar okradzenia Mirosława M. Tym samym bratanek pokrzywdzonego przekazywał Kropidłowskiemu informacje dotyczące trybu życia ich ofiary, a także miejsce przechowywania pieniędzy wujka. On ten 20 września wieczorem telefonicznie poinformował Marcina Kropidłowskiego o tym, iż w nocy pokrzywdzony będzie miał większą sumę - około 80 tys. zł. 

Reklama

 Marcin Kropidłowski zaproponował czterem swoim kolegom Włodzimierzowi P. i Markowi P., Marcinowi T. i Pawłowi K. zarobienie pieniędzy. Miało to polegać na dokonaniu napadu na mężczyznę, który ma pieniądze w saszetce. Kropidłowski nie powiedział początkowo kim jest ofiara ani gdzie będzie dokonane przestępstwo. 

W późniejszym czasie Kropidłowski wspólnie z Marcinem T. i Pawłem K. kilkukrotnie jeździli do Grzybna w celu obserwacji terenu i pokrzywdzonego. W międzyczasie Marcin Kropidłowski, Marcin T. i Paweł K. spotykali się kilka razy w tygodniu i uzgadniali sposób dokonania napadu. Początkowo planowali zrobić to na tzw. "lornetkę", czy zaobserwować moment, w którym odłoży saszetkę, po czym podbiec i zabrać ją. Po obserwacji zdecydowali się jednak na użycie kijów baseballowych. Marcin T. powiedział, że użyje swojego kija. 

Reklama

Napad i zabójstwo 

Marcin Kropidłowski zdecydował, że napad odbędzie się w nocy z 20 na 21 września 2004 roku. Zadzwonił do Marcina T. i powiedział "dziś jedziemy". Spotkali się na osiedlu w Kartuzach. Stamtąd udali się do ciastkarni przy ulicy Gdańskiej, gdzie dostali ciastka. Następnie podjechali po Marcina T, który przyniósł z domu kij baseballowy z metalowym trzpieniem w środku. Oskarżeni mieli czapki - kominiarki i rękawiczki. Po przybyciu do Grzybna oskarżeni wyszli z samochodu. Wyjęli z niego dwa kije baseballowe. Marcin Kropidłowski pozostał przy płocie. We dwóch - Paweł K. i Marcin T. weszli na teren posesji przez płot. Podeszli do drzwi, do których prowadziły schody, na których były ustawione donice z kwiatami, a obok ułożone w stosy plastikowe skrzynki. Na terenie posesji czekali godzinę na pojawienie się Mirosława M.

Reklama

Pokrzywdzony przeszedł na teren posesji i włączył silnik w samochodzie. Doszedł do ustawionych w pobliżu schodów skrzynek. Marcin T. jako pierwszy uderzył do kijem w klatkę piersiową. Po ciosie tym Mirosław M. upadł na ziemię. Następnie został uderzony kijem w czoło, a gdy pokrzywdzony próbował wstać także w głowę. Łącznie oskarżeni wymierzyli pokrzywdzonemu nie mniej niż cztery ciosy w głowę. W momencie ataku zapaliło się automatycznie włączana oświetlenie. Pokrzywdzony upadając, strącił skrzynki. 

Następnie oskarżeni przeszukali odzież pokrzywdzonego oraz samochód, w którym Marcin T. znalazł saszetkę z pieniędzmi. Uciekli. Podczas ucieczki Paweł K. zgubił kij, który upuścił przy płocie. Marcin T. po kilku minutach biegu swój kij odrzucił. Spotkali się z Marcinem Kropidłowskim. Razem biegli lasem w kierunku Kartuz. Gdy dobiegli do torów kolejowych, zaczęli dzielić pieniądze. Podzielili je po równo na cztery części. Saszetkę pokrzywdzonego wyrzucili w lesie. Po powrocie do domu Paweł K. spalił odzież i buty. Spalenia odzieży dokonał też Marcin T. 

Reklama

Ciało Mirosława M. zakrwawione wśród skrzynek

Około godziny 5.30 na terenie hurtowni przyszedł jeden z pracowników, który pokrzywdzony zlecił pomoc przy rozładowaniu transportu. Przed hurtownią spotkał Łukasza M., który powiedział, że zastał samochód z włączonym silnikiem. Wyłączył silnik.  Był wyraźnie zdenerwowany. Poprosił innego pracownika, by pomógł mu szukać wujka, bo coś jest nie tak. Zaczęli szukać Mirosława M. Łukasz M. otworzył drzwi hurtowni, ale nikogo nie zastał. Wówczas chcąc wejść do budynku mieszkalnego podeszli do schodów i skrzynek. Zobaczyli tam leżącego między nimi zakrwawionego pokrzywdzonego. Pierwszy zauważył go Łukasz M. Zadzwonili po pogotowie, a następnie pojechali po żonę ofiary. Przybyły na miejsce lekarz stwierdził zgon. 

Reklama

Pokrzywdzony doznał licznych uszkodzeń głowy w postaci rozległej rany płatowej w okolicy ciemieniowej lewej z rozległym złamaniem kości czaszki oraz stłuczeniem płata skroniowego lewej półkuli mózgu oraz czterech ran tłuczonych powłok twarzy. Bezpośrednią przyczyną gwałtownej, nagłej śmierci pokrzywdzonego było uduszenie się w następstwie zamknięcia dróg oddechowych przez krew spływającą do nich z uszkodzeń twarzoczaszki. 

Po 19 tys. zł "na głowę"

Następnego dnia po napadzie jeden z oskarżonych zadzwonił do kolegi, by ten przechował mu pieniądze. Włożyli je do reklamówki, a następnie włożyli do dziury w ziemi, po czym przykryli kamieniem. Ze skrytki Paweł K. co tydzień wyjmował pewną kwotę. Ostatnią część pobrał do października. Marcin T. za pieniądze z napadu kupił samochód. 

Reklama

Skazani

Marcin T. podczas przesłuchań przyznał się do zarzucanego mu czynu. Wyjaśnił, że do przestępstwa nakłonił go Marcin Kropidłowski. Paweł K. W toku postępowania przygotowawczego nie przyznał się do zarzucanego mu czynu. Łukasz M. także nie przyznał się do przestępstwa. Ostatecznie wszyscy zostali skazani. 

Marcin T. został skazany na karę 15 lat pozbawienia wolności, Paweł K. na karę 14 lat i dziewięciu miesięcy pozbawienia wolności. Obaj zostali skazani za zabójstwo. Łukasz M. i Włodzimierz P. za pomoc w dokonaniu rozboju także zostali skazani. Łukasz M. usłyszał wyrok dwóch lat i sześciu miesięcy pozbawienia wolności, a Włodzimierz P. karę jednego roku i siedmiu miesięcy pozbawienia wolności. Marek P. za pomoc w ukryciu pieniędzy z przestępstwa został skazany na karę roku pozbawienia wolności. 

Reklama

Wszyscy zakończyli już odbywanie kary. 

Marcin Kropidłowski wciąż poszukiwany 

Marcin Kropidłowski był znaną osobą w Kartuzach, w szczególności w środowisku osób dokonujących różnego rodzaju przestępstw. Jest głównym podejrzanym w sprawie. Do tej pory jest jednak nieuchwytny dla organów ścigania. W listopadzie 2004 roku wydano za nim list gończy. Obowiązuje do dziś. 

*Artykuł powstał na podstawie ustaleń śledczych w postępowaniu przygotowawczym, jak i sądowym

Czy uważasz, że Marcin Kropidłowski w końcu wpadnie w ręce organów ścigania?

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości