Reklama

Boże Narodzenie to czas, który wszystkich powinien jednoczyć

Tak uważa Lucyna Pakura, przewodnicząca KGW w Małkowie. Dlatego też każdego roku członkinie koła biorą udział w symbolicznej Wigilii. Na swoje spotkanie przygotowują dwanaście dań, pieką ciasta, składają sobie życzenia i dzielą się opłatkiem. W świątecznej atmosferze mają czas na wspomnienia o tych Bożych Narodzeniach, które już przeżyły.

KGW w Małkowie licząc od reaktywacji, obchodziło w tym roku 15-lecie. Istniało ono już w latach 70., ale nie zachowały się żadne dokumenty. Członkiń jest w tej chwili czternaście. Tradycyjnie już, jak co roku, spotykają się w miejscowej świetlicy, spędzając wspólnie czas na wigilijnym spotkaniu. W tym roku zawitał do nich sołtys Piotr Pakura, który dla każdej z pań miał słodkie upominki.

Czekając na prezenty. Bitwa o małpę

- Jako dzieci najbardziej czekaliśmy na prezenty. Stawialiśmy głębokie talerze pod choinkę, by w nocy gwiazdor miał je gdzie położyć. A rano co sił w nogach biegliśmy do choinki. Prezenty w tamtych czasach były skromne. Był tam gwiazdor z cukru, jabłko, pomarańcze, trochę cukierków, orzechy i drobny upominek, na przykład czapeczka, szalik lub skarpetki - przypominała sobie Irena Adamczyk.

Piotr Pakura, sołtys Małkowa mieszkał kiedyś w Kobysewie. Rodzina zawsze chodziła na pasterkę do Kartuz. Dojście pieszo zajmowało im około godziny. Śniegu było aż po pas. Zachętą do takiego "spaceru" było to, co zastaną po powrocie. Każde z dzieci liczyło na to, że gwiazdor zostawił coś pod choinką. Jakaż to była radość, bo upominki już na nich czekały. Z tamtych czasów najbardziej pamięta łyżwy, które były dla niego wyjątkowym prezentem.

Mirosława Górlikowska świetnie pamięta przedświąteczny czas. Wraz z rodzeństwem intensywnie szukali, gdzie też rodzice mogli schować prezenty. I to się im udawało. Był taki rok, kiedy "odkryła" grającego Mikołaja. Ale to nie był prezent, którego oczekiwała. Nie pamięta dzisiaj co sobie wymarzyła, ale wie, że bardzo się rozczarowała. I ten właśnie Mikołaj trafił do jej rąk, ale - jak wyznała - była zawiedziona i nieszczęśliwa. Pomimo tego, zabawkę zachowała... do dzisiaj.

- U nas w Wigilię prezenty też były pod choinką. Jako dziecko co roku przyrzekałam sobie, że będę siedziała tak długo, aż złapię Mikołaja na gorącym uczynku, kiedy kładzie prezenty pod choinką. W momencie, kiedy musiałam pójść do toalety, on wykorzystał moją nieobecność i zdążył wykonać swoje zadanie - stwierdziła Anna Kołazińska.

- Wiedziałam, że mama gromadzi prezenty w barku. Pod jej nieobecność "sprawdzałam" co pojawiło się tam nowego. W ten sposób odkryłam, że Mikołaja nie ma, a jego rolę pełni mama. Pojawiły się jednak wątpliwości, bo niektórych otrzymanych upominków nie było w barku. Czy to znaczyło, że jednak Mikołaj istnieje? - dodała.

- Pamiętam takie święta, kiedy dostałam w prezencie globus, bo się dobrze uczyłam. Moja siostra otrzymała małpkę, piękna dużą maskotkę. Tak się o nią kłóciłyśmy, że urwałyśmy jej... ogon, który doszywany był jeszcze kilka razy - opowiadała Edyta Gruba.

Maleństwo pod choinkę

Dla Ireny Adamczyk nie do zapomnienia jest Wigilia w 1981 roku. W tym dniu tuż po porodzie przywiozła swoją córkę ze szpitala do domu. Żartuje, że to dziecko wojny. W powrocie towarzyszył jej mąż, który natychmiast musiał wracać do pracy, gdyż miał obowiązek pilnować zakładu. Obowiązywał wówczas stan wojenny.

Wigilijne dania nie tylko z Kaszub

Anna Kołazińska pochodzi ze Słupska. W Małkowie mieszka od 10 lat. Ta sama była tradycja, jeżeli chodzi o 12 dań i sianko pod obrusem. Był też podział zadań. Pani Ania z mamą w Wigilię przed południem ubierały choinkę, którą dziadek nie mogąc jej zmieścić w samochodzie, "ciągnął" przez całe miasto. Przygotowaniem świątecznych dań zajmowała się babcia. Ona przygotowywała łamańce, czyli placki pieczone z ciasta drożdżowego. Babcia, pamiętając swoje dzieciństwo, nazywała to tradycją z biedy. Do tej pory w rodzinnym domu pani Ani robi się barszcz kiszony z prawdziwkami, ale nie brakuje też barszczu z uszkami.

Drugą osobą na wigilijnym spotkaniu nie pochodzącą z Kaszub jest Edyta Gruba. W Małkowie mieszka od siedmiu lat, do którego przeprowadziła się spod Radomska.

- W czasach mojego dzieciństwa Wigilię spędzaliśmy w domu naszych dziadków. Każdy ze sobą coś przynosił do jedzenia. Na pewno zawsze na stole była kasza, bo - jak mówiła mama - kasza to pieniądze i każdy musiał łyżkę kaszy gryczanej w sosie grzybowym zjeść. Była też kapusta z grochem - powiedziała Edyta Gruba.

- Jako członkinie Koła Gospodyń Wiejskich co roku bierzemy udział w symbolicznej Wigilii, aby złożyć sobie życzenia i podzielić się opłatkiem. Wspominamy poprzednie spotkania, podsumowujemy też miniony rok naszej działalności. To nas jednoczy. Uważam też, że Święta Bożego Narodzenia to taki czas, który wszystkich powinien jednoczyć - z takim przesłaniem zakończyła wigilijne spotkanie Lucyna Pakura, przewodnicząca KGW w Małkowie.

L.T.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    IZA - niezalogowany 2018-12-27 09:16:07

    WSPANIAŁE KOBIETY ŻYCZĘ SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU I TAKIEGO UŚMIECHU ZADOWOLENIA JAK TA PANI W 1 RZĘDZIE TA PANI ZAWSZE JEST UŚMIECHNIĘTA

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Prawdomowny - niezalogowany 2018-12-25 12:20:32

    Pogaństwo nigdy nie zjednoczy wokół prawdziwego Boga Jahwe

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości