Reklama

Dom nasycony kaszubszczyzną

24/12/2009 09:47
W przestronnym pokoju stoi duża kolorowa choinka ozdobiona własnoręcznie zrobionymi łańcuszkami i girlandami. Kiedy tylko na niebie pojawi się pierwsza gwiazdka, cała rodzina podzieli się opłatkiem i zasiądzie do uroczystej kolacji wigilijnej. Taką tradycję, jak w większości polskich domów, kontynuuje też od kilku pokoleń rodzina Mirosławy i Janusza Kazanów.

Przy ulicy Kościerskiej w Kartuzach stoi dom jakich wiele. Liczy sobie ponad pół wieku, a jego wnętrze pełne jest ciekawej historii, a zwłaszcza kaszubszczyzny.

Pani Mirosława jest córką Feliksa Marszałkowskiego, wieloletniego osobistego sekretarza, najbliższego współpracownika i doradcy doktora Aleksandra Majkowskiego. Obydwie rodziny były ze sobą bardzo związane. Głównie poprzez wielką miłość do wszystkiego co kaszubskie. To właśnie rodzina Marszałkowskich odprowadzała na wieczny spoczynek nie tylko wielkiego Kaszubę, ale także jego córki – Damrokę i Barbarę. Kaszubski rodowód "wzmacniają" również rodzinne związki z Jadwigą i Zofią Ptach. Znane żukowskie hafciarki były kuzynkami dziadków (ze strony matki) Mirosławy Kazany.

Jako mała dziewczynka w domu sióstr Ptach była tylko raz, ale to jedno spotkanie było dla niej bardzo znaczące. Do dzisiaj pamięta, że od Jadwigi dostała wzory i makatkę.

- Często słyszę, że tradycje kaszubskie mam w genach – żartuje pani Mirka. - Ileż znanych twórców i działaczy kaszubskich przewinęło się przez nasz dom – stwierdziła moja rozmówczyni. – Długo mogłabym wymieniać nazwiska ludzi, którzy walczyli o to, by Kaszubi zostali wreszcie docenieni, a wielu z nich tworzyło podwaliny literatury kaszubskiej. Może to zabrzmi nieco patetycznie, ale te mury naprawdę nasycone są kaszubszczyzną. Mnie nie zostało już nic innego, jak kontynuować popularyzację naszego regionu.

Tak powstał pomysł na kaszubskie lalki. W innych zakątkach naszego kraju można było kupić krakowianki czy lalki w stroju łowickim. O kaszubskich nikt nie słyszał. Dzisiaj wyroby pani Mirki, traktowane jako symbol naszego regionu, znane są w Europie. Trafiły także do Kanady, USA, a nawet do Chin i Indii.

- Mam jeszcze mnóstwo pomysłów, ale ostatnio wcale ich nie wdrażam w życie ze względu na stan zdrowia i sytuacje rodzinną – wyznaje moja rozmówczyni. - Jeżeli już coś powstanie, to robię z tego prezenty.

- Czy stworzone przeze mnie kaszubskie laleczki, otrzymują imiona? – zastanawia się przez chwilę pani Mirka. - Tylko pierwsza lalka została "ochrzczona" Damroką, gdyż to imię zawsze mi się podobało. – Moje zajęcie traktuję jako hobby. Jest ono wyjątkowo czasochłonne. Wykonuję wszystko sama – od projektu do uszycia. Moje lalki mają nawet… podwiązki przy majteczkach.

Swoje hobby ma również Janusz Kazana, mąż pani Mirki. Chociaż urodził się niedaleko Warszawy, a wychował w Kołobrzegu, kocha Kaszuby bezinteresowną miłością. On sam twierdzi, że jest Kaszubą z wyboru.

Kiedy zbliżał się czas przejścia na emeryturę, zastanawiał się, co zrobi z nadmiarem wolnego czasu. Znany kaszubski rzeźbiarz – Czesław Birr namawiał go do zajęcia się obróbką rogów, więc pan Janusz szlifował intensywnie tę trudną sztukę. Wyrabia rogi, tabakierki, wisiorki, breloczki i bransoletki. Razem z żona i wnukami uczestniczą w jarmarkach, wystawiając swoje wyroby.

Wiele wskazuje na to, że wnuki pójdą w ślady dziadków. Jacek i Piotruś są bliźniakami i mają 13 lat. Pierwszy z nich ma smykałkę do prac w drewnie, Piotruś zaś bawiąc się przy szlifowaniu, próbuje robić, tak jak dziadek, tabakierki i rogi. Najmłodsze wnuczki – Jagoda i Julka pod okiem babci uczą się w tej chwili wyszywać kolorowe szlaczki.

Przedświąteczny czas jest dobrą okazją do wspomnień. Jak wyglądały Wigilie sprzed lat?

- Adwent był czasem sprzątania wszystkich szafek, szuflad, półeczek, piwnic i podwórka - wspomina pani Mirka. - Wszędzie musiało być elegancko. Stroje też. Zakładało się te najlepsze, jakie się miało, bo Wigilia to nadzwyczajny dzień. – Ponadto w adwencie robiliśmy ozdoby na choinkę, a przy tym uczyliśmy się śpiewać kolęd – dodaje. - Tę tradycję zaszczepiamy teraz naszym wnukom.

A jakie pół wieku temu dostawało się prezenty? Chociaż ilość słodyczy była ograniczona, to zawsze pod choinką stały talerze, w których były ciasteczka, cukierki i jabłuszka. Wszyscy dostawali tyle samo, co do jednej sztuki. Wedle Mirosławy Kazany była to szkoła wielkiej sprawiedliwości. Dzisiaj już nie ma tradycji stawiania talerzy z łakociami. W tej chwili na stole są owoce i orzechy, ale – oczywiście – nikt już ich nie wydziela.

- Nie mogę sobie w tej chwili przypomnieć, ile wówczas miałam lat, ale wiem, że dostałam lalkę, którą nazwałam Basią - oznajmia pani Mirka. – W tamtych czasach lalka była czymś nadzwyczajnym. Dostawało się raczej bardziej praktyczne rzeczy, takie jak buty czy skarpetki. - Lalka Basia ma dzisiaj już 50 lat i nadal leży gdzieś na strychu – śmiejąc się, konstatuje moja rozmówczyni.

Kiedy tylko na niebie pojawi się pierwsza gwiazdka, cała rodzina Kazanów zgromadzi się dzisiaj 24 grudnia br. w dużym pokoju. Na najładniejszym talerzyku będzie opłatek, którym gospodarz domu najpierw podzieli się z najstarszą osobą. Dopiero potem wszyscy zasiądą do uroczystej kolacji wigilijnej.

- Od zawsze przy wigilijnym stole śpiewaliśmy kolędy – dopowiada pani Mirka. – I tak będzie w tym roku. Cała rodzina będzie nucić je po polsku i po kaszubsku. Tyle ich będzie, ile osób przy wigilijnym stole. Na pewno zaśpiewamy mało znaną kolędę - "Zagrzmiała, runęła". – To rodzinna tradycja na cześć naszego dziadka Józefa, który był budowniczym domu, w którym spędza Wigilię kolejne już pokolenie – kończy swój wywód Mirosława Kazana.

Longina Templin
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości