Po niemal czterech dekadach od dramatycznych wydarzeń w Kartuzach do sprawy zaginionej siedmiomiesięcznej Kasi Matei z Kiełpina powraca blog śledczy „Śladami zaginięć i tajemnic kryminalnych”. Autorzy przypominają historię, która w latach 80. wstrząsnęła Pomorzem i do dziś pozostaje jedną z najbardziej tajemniczych spraw w historii polskich zaginięć dzieci.
Czy można wyobrazić sobie, że dziecko znika – dosłownie znika – ze szpitalnego łóżeczka? Dla większości z nas to niemożliwe do pojęcia. Dla Elżbiety i Mariana Matejów z Kiełpina to codzienność, która trwa już 39 lat. Ich córka, Kasia Mateja, urodzona 15 czerwca 1985 roku, w czerwcu 2026 roku obchodziłaby swoje 40. urodziny. W domu wciąż czeka na nią matka, rodzeństwo – cztery siostry i czterech braci – oraz wspomnienia, które nie pozwalają zapomnieć. Ojciec, pan Marian, zmarł, nie poznawszy prawdy o losie swojego dziecka.
Zima 1986 roku. Szpital, który nie uchronił dziecka
W styczniu 1986 roku mała Kasia trafiła do szpitala w Kartuzach z objawami wysokiej gorączki i wysypki. Lekarze zdecydowali o hospitalizacji na oddziale dziecięcym – sala numer 10, na końcu korytarza. W tamtym czasie rodzice nie mogli pozostawać z dziećmi na noc, dlatego dziewczynka została w szpitalu sama, pod opieką personelu. Według dokumentacji medycznej 28 stycznia miała zostać wypisana do domu, jednak lekarze przedłużyli pobyt o jeden dzień.
Nazajutrz do drzwi państwa Matejów zapukali funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej. Ojca zabrano na przesłuchanie, matka o porwaniu córki dowiedziała się przypadkiem – w sklepie. „Już wtedy wiedziałam, że chodzi o Kasię” – wspomina dziś pani Elżbieta.
Z 27 na 28 stycznia 1986 roku ktoś włamał się do kartuskiego szpitala. Sprawca najpierw próbował dostać się przez okno na parterze, jednak kraty uniemożliwiły wejście. Ostatecznie wszedł innym oknem i po schodach ewakuacyjnych dotarł na oddział dziecięcy.
Drzwi przeciwpożarowe, które powinny być zamknięte, tej nocy pozostawały otwarte. Tuż za nimi znajdowała się sala, w której spała Kasia. Na śniegu przed budynkiem znaleziono ślady butów rozmiaru 40–41, długość kroku – 88 centymetrów. Pies tropiący doprowadził funkcjonariuszy do ogrodzenia przy jeziorze Klasztornym. Tam ślad się urwał. Lekarka dyżurna przyznała, że około godziny 2:30 słyszała dźwięk tłuczonego szkła. Nie zareagowała – sądziła, że „coś spadło”. Cztery pielęgniarki zeznały, że całą noc „pracowały lub rozmawiały”. Rano łóżeczko Kasi było puste.
Śledztwo pełne pytań bez odpowiedzi
Milicja zabezpieczyła ślady i przesłuchała personel, rodziców oraz pacjentów. Podejrzenia na pewien czas padły nawet na rodzinę dziewczynki – Matejowie zostali oskarżeni o udział w porwaniu własnego dziecka. Badania wariografem wykazały jednak jednoznacznie: niewinni.
Śledczy rozważali różne hipotezy – od błędu medycznego i próby jego ukrycia, po nielegalną adopcję lub sprzedaż dziecka za granicę. Najbardziej wstrząsająca była relacja mężczyzny, syna jednej z pielęgniarek, który po latach przyznał się do porwania, zgwałcenia i zabicia dziecka. Wskazał nawet miejsce ukrycia ciała – nie odnaleziono jednak żadnych śladów. Był chory psychicznie.
30 czerwca 1986 roku śledztwo umorzono. Sprawa nigdy nie została wyjaśniona.
Kasia – kim jest dziś?
W chwili zaginięcia Kasia miała siedem miesięcy. Na prawej piersi miała znamię w kolorze wiśniowym, wielkości monety dwudziestogroszowej. Na lewym udzie – ciemny ślad, tzw. „myszkę”, a na lewym płatku ucha delikatne wgłębienie. Jej grupa krwi to B-.
Jeśli żyje – dziś jest dorosłą kobietą. Być może ma rodzinę, dzieci, codzienność, w której coś od zawsze wydaje się nie pasować. Może czasem patrzy w lustro i zastanawia się, dlaczego nie jest podobna do swoich rodziców. A może już od dawna przeczuwa, że jej historia zaczyna się w innym miejscu – w zimowy poranek 1986 roku, w sali numer 10.
[Poniżej zdjęcie sióstr Kasi]
Apel o prawdę
Autorzy bloga „Śladami zaginięć i tajemnic kryminalnych” kierują apel do wszystkich, którzy mogą posiadać jakiekolwiek informacje o losie Kasi Matei.
- Tym razem nie czekamy z apelem do końca. Zwracamy się bezpośrednio do człowieka, który 39 lat temu zabrał ze sobą niemowlę ze szpitalnego łóżeczka. Czy naprawdę zamierzasz zabrać tę tajemnicę do grobu? – apelują autorzy bloga.
Być może Kasia została sprzedana, może wychowana przez inną rodzinę, a może spotkał ją tragiczny los. Niezależnie od prawdy – nigdy nie jest za późno, by ją ujawnić. Osoby, które mogą posiadać jakiekolwiek informacje, proszone są o kontakt z autorami bloga lub o zgłoszenie się na najbliższy komisariat Policji. Anonimowość gwarantowana.
Możliwe, że Kasia dziś wygląda tak:
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze