Reklama

Krystian Dułak z OSP Sierakowice – spiesząc na ratunek, poniósł najwyższą cenę

Zawsze pierwszy, gotowy nieść pomoc, niezależnie od ryzyka. Krystian Dułak – strażak-ochotnik z Sierakowic, wiceprezes miejscowej OSP przez dziesięć lat, odznaczony jako pierwszy w województwie pomorskim Krzyżem Rycerskim Świętego Floriana – zginął, wchodząc do płonącego zakładu produkcyjnego w Kawlach. Jego historia to opowieść o odwadze, poświęceniu i bezgranicznej służbie dla innych.

Krystian Dułak całe swoje życie poświęcił służbie drugiemu człowiekowi. Wstąpił do Ochotniczej Straży Pożarnej w Sierakowicach w 1995 roku, mając zaledwie 15 lat, choć już od kilku lat działał w młodzieżówce. Jak sam wspominał, początki wyglądały zupełnie inaczej niż dziś – bez kursów, procedur i nowoczesnego sprzętu. Liczyła się gotowość, odwaga i solidarność. Wystarczyło, że zawyła syrena – i bez zastanowienia biegło się na zbiórkę.

Przez lata przeszedł drogę od młodego chłopaka strażaka po doświadczonego, wykwalifikowanego ratownika, który brał udział w setkach interwencji – od powodzi i pożarów, po wypadki drogowe i akcje poszukiwawcze. W latach 2011–2021 pełnił funkcję wiceprezesa OSP Sierakowice, dbając zarówno o rozwój jednostki, jak i wyszkolenie młodszych druhów.

Reklama

Był człowiekiem, który nie potrafił odmówić pomocy. Jak podkreślali jego koledzy, miał rzadką cechę – potrafił działać szybko, ale jednocześnie spokojnie, nawet w sytuacjach skrajnego zagrożenia. Wielokrotnie ratował ludzkie życie. W pamięci druhów i mieszkańców Sierakowic zapisała się m.in. akcja z 30 grudnia 2021 r., kiedy wraz z druhen Janem Cymermanem ruszył na pomoc wędkarzowi tonącemu w jeziorze pod Puzdrowem. Dzięki błyskawicznej decyzji i użyciu sań lodowych udało się wyciągnąć mężczyznę z wody i przywrócić go do życia.

Za to męstwo Krystian Dułak i Jan Cymerman zostali jako pierwsi w województwie pomorskim odznaczeni Krzyżem Rycerskim Świętego Floriana – wysokim, złotym odznaczeniem nadawanym tylko tym strażakom, którzy w wyjątkowy sposób zasłużyli się w ratowaniu życia i mienia.

Reklama

Niestety, po latach służby Krystian Dułak zginął w akcji. Podczas pożaru zakładu produkcyjnego w Kawlach wszedł jako pierwszy do płonącego budynku. Jak zawsze – bez wahania, z myślą o tym, by uratować innych.

Dziś druhowie z OSP Sierakowice wspominają go jako wzór strażaka-ochotnika: oddanego, skromnego, zawsze gotowego nieść pomoc, niezależnie od pory dnia czy nocy. Jego życie jest świadectwem, że strażacka dewiza „Bogu na chwałę, ludziom na pożytek” nie jest pustym hasłem, lecz codziennym wyborem – nawet, jeśli wiąże się on z najwyższym poświęceniem.

Reklama

Poniżej zamieszczamy rozmowę z Krystianem Dułakiem, która znajduje się także w przygotowywanej właśnie publikacji na jubileusz 100-lecia Ochotniczej Straży Pożarnej w Sierakowicach.

Wspomnienia Krystiana Dułaka ze służby w Ochotniczej Straży Pożarnej w Sierakowicach. [Rozmowa została przeprowadzona w czerwcu br.]

Do Ochotniczej Straży Pożarnej w Sierakowicach wstąpiłem w 1995 roku. Miałem wtedy 15 lat. Choć wcześniej, jeszcze ze dwa-trzy lata, działałem w młodzieżówce. Czasy były zupełnie inne – nikt się nie przejmował, że mamy 15 czy 16 lat. Jeździliśmy już wtedy do pożaru. Uczęszczałem do szkoły przy ulicy Dworcowej i nieraz w trakcie lekcji się po prostu uciekało, żeby zdążyć na zbiórkę. Nie było żadnych szkoleń, kursów jak dziś. To wszystko wchodziło stopniowo, wraz z rozwojem jednostki i potrzebami.

Reklama

Dlaczego wstąpiłem do straży? Nie wiem… To się samo wzięło. Mieszkałem niedaleko. Ktoś w podstawówce powiedział, że szukają chłopaków do młodzieżówki – i tak się zaczęło. Nie pamiętam już kto dokładnie to był, ale ktoś „dał cynk”, że potrzebni są młodzi. Jak już się dostałem, to zostałem. Najpierw były biegi w młodzieżówce, później coraz poważniejsze zadania i wyjazdy. I tak zostało do dziś.

Pamiętam dobrze pierwszy wyjazd. To był Welk. Pożar stodoły. 20 godzin na akcji. Nie tak jak teraz, że 3–4 godziny i po wszystkim. Wtedy wszystko robiło się ręcznie – widłami, łopatami. Nie było sprzętu, żadnych maszyn, wszystko szło siłą rąk. A takich akcji było więcej – Kościerzyna zalana, całe ulice pod wodą, znaki drogowe ledwo wystawały.

Reklama

Z początku jeździliśmy prawie wyłącznie do pożarów. W latach 1995–98, zanim skończyliśmy 18 lat, nie było praktycznie wypadków. Dopiero od końca lat 90. zaczęły się pojawiać wyjazdy do zdarzeń drogowych. Ale do około 2010 roku pożary nadal stanowiły większość naszych interwencji. Teraz jest odwrotnie – dominują miejscowe zagrożenia i wypadki.

Jak zaczynałem, remiza jeszcze była stara. Pamiętam dokładnie. Ćwiczyliśmy wtedy na zawody na boisku przy szkole agrobiznesu. Akurat demontowali syrenę ze starej remizy, przenosili ją na nową. I wtedy właśnie zawyła syrena – pożar gdzieś w Łyśniewie. Rowerami pojechaliśmy zobaczyć co się dzieje, bo nas nie zabrali – mieliśmy tylko po 12 lat.

Reklama

Najbardziej zapamiętałem dwie akcje. Pierwsza – wybuch gazu w Sierakowicach. Weszliśmy wtedy do mieszkania, byliśmy za drzwiami – ja, Karol i dwóch policjantów. Rozmawialiśmy z mężczyzną, a on mówił spokojnie, że liczy do trzech i odpali gaz. I liczy – raz, dwa, trzy… bum. Drzwi wyleciały, a my z tyłu. Myślałem, że blefuje. Znałem go, myślałem, że jeszcze pogadamy. Ale nie – trzydzieści sekund rozmowy i eksplozja. Później weszliśmy już do środka.

Druga sytuacja to powódź w Głuchołazach – widok żywiołu, który zniszczył wszystko. Dachy pourywane, domy podmyte, całe osiedla w wodzie. My tu mamy powodzie, ale zwykle zalana piwnica, trochę wypompować i po sprawie. A tam – siła wody była przerażająca. Moim zdaniem – woda to groźniejszy żywioł niż ogień. Z ogniem sobie jakoś poradzimy, a z wodą… nie zawsze.

Reklama

Mam swoją firmę, więc mogłem szybko reagować na wezwania nawet w ciągu dnia. Pracownicy wiedzą co robić, a ja – jak tylko mogę – to jadę. Teraz mieszkam dalej, więc czasem jadę bezpośrednio na akcję. Ale kiedy mieszkałem na ul. Ceynowy – miałem rower gotowy cały rok, czekał pod domem. 200 metrów od remizy – wskakiwałem i leciałem.

Ustalamy między sobą dyżury – szczególnie dla kierowców. Od piątku godziny 18. do poniedziałku rano zawsze mamy dwóch kierowców, żeby nie było sytuacji, że nie ma komu wyjechać. Mamy świetny sprzęt – ale bez ludzi to nic nie znaczy.

Reklama

Kiedyś cieszyło wszystko – nowy wąż, prądownica, stary aparat oddechowy z Belgii. To było coś. Dziś sprzętu jest więcej, ale radość jakby mniejsza. Młodzi często chcą wszystko od razu – najlepiej nowy mundur, hełm, buty. My walczyliśmy o każdy element wyposażenia. Sami kupowaliśmy łódź za własne pieniądze. Zwykła, rybacka – silnik też był używany. Potem przerobiliśmy przyczepkę, dołożyliśmy sonar, kamerę. I co najważniejsze – pierwsze 6 z 7 wyjazdów z tą łodzią zakończyły się sukcesem. Namierzyliśmy ciało, nurek tylko wchodził i wyciągał. To była ogromna satysfakcja.

Akcje? Nocne czy dzienne – to nie ma znaczenia. Jak zawyje syrena, to się jedzie. Ale najtrudniejsze są te z udziałem dzieci. Tego się nie da wymazać z pamięci. Może dlatego, że mam swoje dzieci – ale te obrazy zostają.

Reklama

Jest też taka akcja, która szczególnie zapadła mi w pamięć. Początek pandemii. Pojechaliśmy do Pałubic – wezwanie do zatrzymania krążenia. Przyjechałem swoim autem. Na miejscu – mężczyzna bez oznak życia. Podpięliśmy defibrylator, po kilku minutach mężczyzna usiadł. Normalnie. W pozycji siedzącej. Nie rozmawiał, ale żył. Do dziś żyje. To była taka akcja, która pokazuje, że czasem jesteśmy w dobrym miejscu, w odpowiedniej chwili. To cieszy. Takie rzeczy zostają w głowie na długo.

Akcja poszukiwawcza zakończyła się w środowe popołudnie, tydzień po wybuchu pożaru.

Reklama

Dodajmy, że jeszcze przedpołudniem odbyła się konferencja prasowa, podczas której kierownictwo Państwowej Straży Pożarnej opowiedziało o tym, jak trudne były działania w Kawlach, począwszy od pierwszej fazy akcji gaśniczej, po kolejne dni działań ratowniczo-poszukiwawczych.

Działania w ostatnich dniach skupiały się na dwóch celach – odnalezieniu ciała zaginionego ratownika i sukcesywnym usuwaniu ogromnych ilości materiału popożarniczego, które wciąż zalegają we wnętrzu zniszczonej hali.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 20/08/2025 20:42
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości