Zaledwie trzy dni po wielkim triumfie nad Kaszubią Kościerzyna, piłkarze Cartusii Kartuzy pokazali zupełnie inne oblicze, ulegając przed własną publicznością Orkanowi Rumia 0:2 (0:1). Gdyby jednak goście wykorzystali choć połowę stworzonych okazji, rozmiary porażki byłyby znacznie większe.
Mimo niezłej, chwilami nawet słonecznej pogody, mecz toczył się w bardzo trudnych warunkach. Boisko przy ul. 3 Maja miejscami było niezwykle grząskie i zalegały na nim spore kałuże wody. Lepiej w tej sytuacji odnaleźli się goście, którzy od pierwszych minut zaczęli zaznaczać swoją przewagę, raz po raz przeprowadzając szybkie, składne akcje. Cartusia dla odmiany zdawała się być zupełnie innym zespołem niż ten, który jeszcze w środę wysoko ograł Kaszubię. Mnożyły się błędy w obronie i niedokładne zagranie.
Po raz pierwszy Orkan stanął przed szansą już w 4 minucie, gdy Grzędzicki źle obliczył lot piłki i Siemaszko znalazł się w sytuacji sam na sam. Na szczęście im zdążył opanować piłkę i oddać strzał, ze skuteczną interwencją wrócił Stencel.
Osiem minut później już tyle szczęście nie mieliśmy. Po dośrodkowaniu z lewej strony w doskonałej pozycji znalazł się Siemaszko i z najbliższej odległości efektownymi nożycami nie dał Czyżniewskiemu najmniejszych szans. Rumianie wyszli na prowadzenie 1:0, ale wcale nie zwalniali. Po upływie kolejnych pięciu minut znów kłopoty sprawił nam Siemaszko, którego tym razem w ostatniej chwili powstrzymał niepewny mimo wszystko tego dnia Karasiński.
Przewaga przyjezdnych była niepodważalna, a jedyną odpowiedzią Cartusii na tak odważne poczynania rywali była jedna kontra , zakończona słabym strzałem w środek bramki Rubina.
W 22 minucie padł gol dla podopiecznych Adama Adamusa. Kordyl zakręcił bramkarzem Orkana przy linii końcowej i odegrał do środka. Do piłki dopadł Bubienko i umieścił ją w pustej bramce. Sędzia trafienia jednak nie uznał, pokazując że Kordyl podawał już zza boiska. To był ewidentny błąd sędziego.
Sytuacja ta zachęciła jednak miejscowych do nieco śmielszych ataków. W 27 minucie, po podaniu Rubina z prawej flanki wolejem próbował Kordyl, a 10 minut później po wrzutce Banaszaka, szczupakiem do piłki doszedł Dawidowski. W obu przypadkach bez najmniejszych kłopotów poradził sobie niestety Biecke. W międzyczasie gorąco było i pod nasza bramką, ale główka gości po rzucie rożnym o centymetry minęła lewy słupek „świątyni” Czyżniewskiego.
Pierwsza połowa zakończyła się mocnym akcentem w wykonaniu Cartusii. Rzut wolny z 25 metrów wykonywał Rubin. Wymierzył, uderzył nad murem, ale zmierzającą w samo okienko piłkę jakimś cudem musnął Biecke.
Finisz pierwszej części meczu najwyraźniej podziałał na niebiesko-biało-czarnych mobilizująco, bo po przerwie wybiegli na murawę z zupełnie innym nastawieniem. Pierwsze 10 minut to zmasowane ataki na bramkę Rumi. Już w 47 minucie przed szansą stanął wprowadzony za Domjana Mitura, ale główkował bardzo niecelnie. Orkan był przez kilka dobrych chwil niemal zamknięty pod własnym polem karnym, ale bardzo mądrze się bronił, nie dopuszczając nawet do strzałów na swoją bramkę.
W 56 minucie obudzili się goście, a po szybkiej kontrze w sytuacji sam na sam z Czyżniewskim znalazł się sam Grzegorz Niciński. Górą w tym pojedynku był co prawda nasz bramkarz, ale po tej akcji obraz gry uległ zmianie. Cartusia najwyraźniej zaczęła opadać z sił, a inicjatywę odzyskali rywale. Trener Adamus próbował jeszcze ratować mecz kilkoma zmianami, wprowadzając do gry kolejno Formelę, Kitowskiego i Węsiorę, ale na niewiele się to zdało.
Od 80 minuty już się praktycznie tylko broniliśmy. Co gorsza, niezbyt skutecznie. W samej końcówce Orkan miał bowiem aż pięć „setek”! Na nasze szczęście napastnikom drużyny przeciwnej albo przeszkadzała stojąca na murawie woda albo niemiłosiernie pudłowali. W doliczonym już czasie gry stało się jednak to, co było nieuniknione. Przyjezdni w końcu znaleźli drogę do bramki. Skiksował w obronie Kitowski, co z zimną krwią wykorzystał Smarzyński, ustalając wynik na 0:2.
Komentarze