Dzisiaj 3 kwietnia br., jak co roku, pójdziemy ze święconką. W niedzielny poranek będziemy uczestniczyć w mszy rezurekcyjnej. Po powrocie do domu zasiądziemy przy świątecznym stole, na którym pojawi się mnóstwo smakowitości, a w wielkanocny poniedziałek zacznie się wielkie dyngowanie. Tak najbliższe święta będzie spędzać większość z nas.
Tę tradycję od pokoleń kultywują cztery moje rozmówczynie – Urszula Bladowska, Teresa Komkowska, Małogorzata Rabek i Anna Sikora z Pępowa. Wspominają to, co zmieniało się w ciągu kilkudziesięciu lat w tradycjach i obyczajach wielkanocnych na Kaszubach. Perspektywa czasu pozwala im nie tylko na różnorodne wspomnienia z dzieciństwa i młodości, ale również mogą pochwalić się tym wszystkim, co przekazały swoim dzieciom i wnukom.
Urszula Bladowska całe swoje życie spędziła w Pępowie. Przypomina sobie humorystyczny epizod z dzieciństwa związany z Wielkanocą.
- Miałam może 10 – 12 lat – zaczyna swoją opowieść. - Przygotowywaliśmy gniazdka z mchu, żeby zajączek miał gdzie zostawić dla nas prezenty. Przynosił po jednym baranku lub kurczaku z cukru, do tego dwa gotowane kurze jajka i nie były one barwione. Bardzo chcieliśmy w drugi dzień świąt złapać zajączka na gorącym uczynku. Mój brat postanowił więc na niego się zaczaić. No i udało mu się odkryć, że zajączkiem była… mama. Od tej pory skończyła się wiara w zajączkowe prezenty.
Czasy się zmieniały, rodzina była już bardziej zasobna i pani Urszula swoim dzieciom wkładała do gniazdek słodycze, ubranka, książki lub zabawki.
Wielkanoc rozpoczynało się od pójścia do kościoła na mszę świętą rezurekcyjną. Pani Urszula pamięta, że po drodze był strumyk, przy którym zatrzymywała się cała rodzina po to, by wodą przemyć oczy. Miało to poprawiać wzrok i chronić przed chorobami.
Takie zwyczaje pamięta również Anna Sikora, która urodziła się w Barwiku (gmina Przodkowo), a od 25 lat mieszka w Pępowie. Przypomina sobie, że jej najstarsza siostra wstawała bardzo wcześnie rano, by pójść do rzeki po wodę, w której potem myła się cała rodzina. Pierwsi kąpali się rodzice, a po nich – w tej samej wodzie – dzieci. Taka była wówczas tradycja, którą traktowano jako formę oczyszczenia, dosłownie i w przenośni.
- Jedzenie było typowo swojskie - kontynuuje Urszula Bladowska. - Nie kupowało się, tak jak w tej chwili, w sklepie. Przed świętami odbywało się świniobicie. Dzięki temu na wielkanocnym stole były różnorodne smakowite wędliny. W pierwszy dzień świąt oczywiście nie mogło zabraknąć jaj na śniadanie, a w drugi zajadaliśmy się jajecznicą.
Najbardziej czekało się na dyngusa, który na Kaszubach nie polega na oblewaniu się wodą, tylko smaganiu jałowcem.
- Do dzisiaj przychodzą do mnie dzieci ze wsi, by dygować – oznajmia pani Urszula. – I nie wolno tego robić wcześniej niż po godzinie czwartej rano. – W dzieciństwie też to robiłam. Wówczas otrzymywało się jajka, a dzisiaj daje się czekoladę, baranka z czekolady albo pieniążki. Na tegoroczną Wielkanoc przygotowałam już dziesięć tabliczek czekolady dla swoich małych gości.
Raz zjawił się chłopiec, który chciał urządzić "wodny" śmigus – dyngus, ale pani Urszula wytłumaczyła mu, że na Kaszubach nie ma tradycji lania wody. W następnym roku dziecko przyszło już z jałowcem. Szybkie korepetycje z kaszubskich zwyczajów nie poszły więc na marne.
- Niegrzeczne dzieci nie dostawały prezentów - dorzuca Anna Sikora. - Taka niespodzianka przytrafiła się mojemu bratu, który w gniazdku zamiast cukierków domowej roboty znalazł owcze… bobki. Długo roznosił się płacz brata. Kara została jednak złagodzona i ojciec przygotował mu drugie gniazdko. W tym były już słodycze. To też był element tradycji i wychowania zarazem.
Podobny epizod przypomina sobie z dzieciństwa Małgorzata Rabek. Różnica w karze była tylko taka, że zwierzęce bobki były zajęcze. Te wspomnienia bardzo rozbawiły wszystkie moje rozmówczynie.
Anna Sikora dodała również, że w czasach jej dzieciństwa świąteczne prezenty, w porównaniu z dzisiejszymi, były bardzo skromne. W domu było ich siedmioro, a pracował tylko ojciec, więc o "luksusach" mogli tylko pomarzyć. Często się zdarzało, że zamiast wypłaty za prace murarskie przynosił chleb, mięso lub jabłka. Dzisiaj raczej nie do pomyślenia.
Teresa Komkowska urodziła się w Gołębiewie na Kociewiu. Od siódmego roku życia mieszka na Kaszubach. Najpierw w Żukowie, a po zamążpójściu przeniosła się do Pępowa. Obowiązkowo w Wielką Sobotę najpierw ze swoimi dziećmi, a teraz z wnukami chodzi ze święconką. Kiedy jeszcze żył jej ojciec, zawsze po powrocie z żukowskiego kościoła odwiedzali go i tam wspólnie pałaszowali wszystko co było w koszykach.
- O tradycji dygowania jałowcem nigdy nie zapominał mój teść – mówi Teresa Komkowska. – Pobudkę, gdy jeszcze spaliśmy, robił nam bardzo wcześnie rano. Zamykanie drzwi nic nie dało, bo wchodził przez garaż, który otwierał sobie jeszcze poprzedniego wieczora.
Kociewskie korzenie ma także Małgorzata Rabek. Urodziła się w Przechlewie koło Człuchowa. Kiedy babcia przeniosła się do Sianowa, pani Małgosia często ją odwiedzała. Dzięki temu dość wcześnie miała okazję zapoznać się z kaszubską tradycją. Przypomina sobie u niej Wielkanoc, gdy miała sześć lat. W gościnie była wraz ze starszą siostrą. Obie musiały się sporo natrudzić, by znaleźć gniazdka ukryte pod wielką górą chrustu.
Ojciec pani Małgosi był leśniczym i miejscem jego pracy były różne leśniczówki. Jedna z nich była w Lipczynie koło Miastka. Dzięki temu na wielkanocnym stole pojawiało się mnóstwo dań z dziczyzny.
- Do dzisiaj pamiętam ich wyjątkowy smak i zapach – wspomina pani Małgosia. - Przygotowywano wyroby z dzika, jelenia i zająca. Wszystko z jesiennego odstrzału. Nie brakowało też ryb, gdyż w pobliżu było jezioro. Do tego robiło się w kamiennych dużych garach borówki z gruszkami. Takie specjały trudno zapomnieć.
Jako dwunastolatka trafiła na stałe na Kaszuby. W Pępowie, w którym jest sołtysem, mieszka od 41 lat. Na początku swojego pobytu warunki mieszkaniowe nie pozwalały jej na robienie gniazdek, więc swoim dzieciom przygotowywała nietypowego zajączka, bo w torebkach. Forma pozostała, tyle że prezenty są już dla wnuków.
- Mój dyngus łączy dwie tradycje – wyjaśnia pani Małgosia. – Zdarza się, że symboliczne spryskuję wodą lub perfumami albo – zgodnie z kaszubska tradycją - dyguje przy pomocy jałowca. Tak będzie i w tym roku.
Longina Templin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze