Reklama

Wybrała Gowidlino i pokochała pszczoły

21/03/2005 11:54
Pani Agata Stenka z domu Hirsz urodziła się w 1934 roku w Kłobuczynie koło Stężycy. W latach 1954-1984 była nauczycielką Szkoły Podstawowej w Gowidlinie, ostatnie 10 lat była też jej dyrektorem. Jest matką Eugeniusza i Danuty, sławnej aktorki.

Pani Agata jest wyjątkowo ciepłą i przyjazną osobą; prawie cztery godziny spędziłam słuchając Jej wspomnień o tym, jak bardzo pragnęła zostać nauczycielką, jak wrastała w gowidlińską społeczność i o tym, jak teraz ważne są dla Niej pszczoły. Poznajmy to życie, wypełnione pracowitością i miłością do ludzi.

Chcę być „szkólną”
Jeszcze żyli moi dziadkowie, a mieszkali z nami w Kłobuczynie, i ja widząc u nich gazetę rozłożoną na stole przy oknie, gdzie zawsze siedzieli, byłam ciekawa, co w tej gazecie jest. Miałam może 4 latka i przy gazecie, czasem przy kantyczce, nauczyłam się czytać. Byłam drobna, chorowita, ale chyba pojętna. Gdy mnie, takiego małego brzdąca, brali na kolana i pytali, kim ty będziesz, odpowiadałam, że „szkólną”. Nie wiem, skąd to mi się brało, ale od początku wiedziałam, że chcę być nauczycielką. To mnie nie opuściło nigdy.

Gdy tuż po wojnie zbliżał się dla mnie koniec szkoły podstawowej, mama moja zachorowała na raka, a bardzo chciała, żebym się uczyła dalej. Ja miałam ciągle to samo marzenie; pytam delikatnie tatę, czy mogę na to liczyć, że pozwoli mi na egzaminy w Lęborku do Liceum Pedagogicznego jechać. On kręci głową, że nie. Ja go rozumiałam – w domu było nas dziewięcioro dzieci, w większości młodsze ode mnie, mama w szpitalu, za który trzeba było płacić. Nauczycielka Ulińska zobaczyła w szkole, że jestem smutna; gdy jej się zwierzyłam, poprosiła, żebym przyszła z tatą. Jednak jej namowy nie pomogły. Mieliśmy dość duże gospodarstwo, takich nazywano kułakami i na stypendium nie można było liczyć.

Któregoś dnia była ulewna burza, kierownik szkoły z Pomieczyna schronił się u nas i słyszę, że rozmawia z ojcem na mój temat. Przedstawił ojcu sytuację, że stypendium mogę dostać później, jak będę się dobrze uczyła. Ojciec trochę zmiękł. Był światłym człowiekiem, nie był przeciwny, tylko warunki były takie niesprzyjające. A zbliżał się już czas egzaminów. Jeszcze w naszej szkole nie było siódmej klasy, a do szkoły średniej trzeba było mieć świadectwo jej ukończenia. Dla kilku uczniów, którzy chcieli uczyć się dalej, uruchomiono siódmą klasę, chodziłam do szkoły dwa razy w ciągu dnia, uczyliśmy się rano i wieczorem, przy naftowej lampie, skuleni przy piecu. W przeddzień egzaminów ojciec powiedział: rób, jak chcesz, ale... Ja to „ale” ciągle słyszałam.

Na egzaminach większość była z miasta, koleżanka i ja byłyśmy takie skromne, ciche, niepewne, czy sobie poradzimy. To były nasze pierwsze kroki w świat. Słyszymy: ”jak te ze wsi zdadzą, to my też”. Okazało się inaczej - myśmy zdały, a ci z miasta nie. Moje marzenia zaczęły się ziszczać. Miałam bardzo dobrą wychowawczynię, ze Wschodu, przez cały czas tę samą, nazywała się Waleria Fegler. Była moją drugą mamą.

A moja rodzona mama upadała coraz bardziej na zdrowiu, widziałam, że w domu coraz trudniej, pani Fegler dawała mi wolne na wykopki, potem nadrabiałam zaległości. W szkole były dwie specjalności – na nauczyciela języka rosyjskiego lub wychowania fizycznego; wybrałam to drugie. Jednak w trzeciej klasie zmieniłam kierunek, bo z wychowaniem fizycznym wiązały się wyjazdy na różne obozy podczas ferii, a ja wiedziałam, że jestem potrzebna w domu, tam była praca. W szkole musiałam znowu uzupełniać braki z języka rosyjskiego. Ale udawało mi się kończyć z dobrymi ocenami, czasami z dyplomem. Mama chorowała, ale ją cieszyła moja nauka, a ojciec też zmieniał zdanie. Sprawy finansowe były trudne; nie zawsze na pierwszy okres dostawałam stypendium, a potem, pewnie też dzięki pomocy pani Fegler, starali mi się to zrekompensować, a czasami dostawałam też jakieś buty. Przed maturą, w 1953 roku, zmarła moja mama.

W pamięci zostało Gowidlino
Jakie były początki mojej pracy nauczycielskiej? O tej sprawie rozmawiałam z ojcem, który wtedy stał się dla nas mamą i tatą, z każdą sprawą mogłam do niego się udać. Z wydziału oświaty dostałam kilka miejscowości do wyboru, a mnie w pamięci zostało tylko Gowidlino. Ja tej wioski na oczy nie widziałam, pojechałam i tylko sprawdziłam, co tu jest - jest światło, jeden raz na dzień dojeżdża autobus, to było całe dobro. Tak, tu zostanę. I jestem do dziś. Od 1954 roku.
W Gowidlinie poznałam swojego męża, który tu mieszkał z rodzicami. Po ślubie zamieszkaliśmy w górnej szkole, w jednym pokoju z kuchnią. Tam przyszły na świat nasze dzieci, w 1959 syn Eugeniusz, a dwa lata później Danka. W tym czasie Gowidlino przeżyło wielką tragedię – pożar zniszczył wiele zabudowań. Spaliła się wtedy cała jedna część Gowidlina, wiele rodzin było poszkodowanych. Nasze mieszkanie i szkoła też było narażone na spalenie. Ludzie wynosili swój dobytek w stronę ulicy Słupskiej, mnie kazali wziąć syna, który miał dwa i pół roku, i trzymać się z daleka. Po wszystkim mąż do mnie przyszedł i powiedział: szkołę uratowaliśmy. Ludzie nie mogli się pozbierać po tym nieszczęściu. A ja trzy dni po pożarze jechałam rodzić Dankę. Wracam, a cały nasz dobytek był poza domem. Rodzice męża wszystko stracili, nie mogli się pozbierać. Zamieszkali z nami, jeszcze był dziadek męża, i tak w tym niewielkim mieszkanku żyliśmy trzy lata. Zaczęliśmy wspólnie budować dom na ojcowiźnie męża. A ja jeszcze podjęłam studia.
W szkole kierownikiem był pan Brunon Bigus, przez cały czas do 1970 roku. Potem powstały gromadzkie rady narodowe i on został przewodniczącym a mnie prosił, żebym przejęła jego obowiązki. Bałam się, bo dzieci małe, mąż po wypadku, ale to nie trwało długo. Pan Bigus wrócił na swoje stanowisko i dopiero w 1974 roku odszedł na emeryturę a ja ponownie przejęłam kierowanie szkołą. Tak było przez 10 lat, chociaż ja lubiłam bardziej pracę nauczycielską. Wtedy ludzie mieli więcej dzieci, w niektórych rodzinach wychowywałam przez lata wszystkie po kolei dzieci. Znałam je, polubiłam, a oni mnie chyba też. Zżyłam się z tym terenem, z rodzicami, do dziś dnia jest mi tu dobrze.

Maluchy wyjątkowo pokochałam, dlatego podjęłam studia w tym kierunku, bo z liceum miałam przygotowanie do języka rosyjskiego. Tutaj nauczyciel był do wszystkiego, już w drugim, czy trzecim roku dostałam pierwszą klasę; jak ja się obawiałam, prosiłam o pomoc doświadczonych nauczycieli, panią Dąbrowską na przykład. Jak ja się bałam, gdy miałam wizytację, ale nie było źle, dostałam nawet wyróżnienie, to mnie pocieszyło, upewniłam się, że nie błądzę. Ja te maluchy pokochałam, a one mnie też; odprowadzały mnie po lekcjach aż do stróżki.
Język rosyjski, to nie było wdzięczne, ale nie było tu wrogów, to zależało od mojego podejścia. Kiedyś przyjechała do mnie na wizytację pani Matkowska z Kartuz i pyta, jak sobie radzę z tym problemem, czy nie mam trudności, bo widzi, że nie ma dąsów. Pyta, jak to rozwiązałam, że nie ma oporu. A ja powiedziałam to, co mówiłam swoim uczniom – że jest bardzo dobrze znać języki swoich sąsiadów, że w życiu zdarzają się różne okoliczności, w których znajomość obcego języka może nas wyratować z kłopotów. Jako przykład podawałam zdarzenie z mojego dzieciństwa, z czasów okupacji: ojciec pozwolił zamieszkać w naszym domu rodzinie aresztowanego przez hitlerowców proboszcza, był wśród nich bardzo wykształcony profesor i gdy zbliżały się do wsi wojska sowieckie, on napisał na tabliczce nieznanymi dla nas literami jakiś tekst i zawiesił to na ścianie domu, na zewnątrz. Potem dowiedziałam się, że tam było po rosyjsku napisane „tu mieszkają Polacy” i dzięki tej tabliczce nie zrobiono nam żadnej krzywdy.

Pszczoły były moim lekarzem
Po ciężkiej chorobie, która 1984 roku zmusiła mnie do przejścia na emeryturę, pszczoły mnie uzdrowiły. Jak mąż mnie po szpitalu pierwszy raz przyprowadził do pasieki, o własnych siłach nie mogłam stać. Ale patrząc jak mu trudno samemu robić to, przy czym kiedyś mu pomagałam, jakoś się doczłapałam do ula i starałam się mu dopomagać. Tam z dnia na dzień czułam, że dochodzę do sił, już ten szpital jakoś odchodził. Tego lata, a był czerwiec, gdy pierwszy raz po chorobie byłam u pszczół, pod koniec sezonu już miałam tyle siły, że pomagałam mężowi w wybieraniu miodu. Nie uwierzyłabym w to wcześniej. Korzystałam z wszelkiego dobra, które pszczoły produkowały: mleczko, kit, miód... Jednym z wielkich dóbr było samo wdychanie oparów, które się wydzielają po otworzeniu ula; ja czułam, jak wracam do sił. Po tylu lekarstwach - przy pasiece się odtrułam. Każdy dzień tam był więcej wart, niż w szpitalu. One wtedy były moim lekarzem.
Pszczoły też mnie uspakajają. Ja się tych małych stworzonek wcale nie boję, one dają mi wiele spokoju. Pracuję zawsze przy pszczołach gołymi rękami, ubrana, jak jest gorąco, bardzo lekko. Nie mam lęku przed pszczołami; nawet jak mnie użądli, to biorę ją do ręki. To nie pszczoły znają człowieka, to człowiek musi znać się na pszczołach. My z mężem prowadziliśmy własną hodowlę, staraliśmy się zawsze dbać o to, takich sposobów używać, żeby pszczoły nasze nie były agresywne. One są tak sympatyczne i dobre, że mnie dały zdrowie i innym ludziom. Pozyskiwaliśmy miód, propolis i pyłek. Ale nie dla pieniędzy pracowaliśmy z pszczołami; mąż przed wielu laty uległ ciężkiemu wypadkowi i jemu też pszczoły pomogły wydźwignąć się z dołka.

A po śmierci męża, gdy czułam się bardzo nieszczęśliwa, one mi znowu pomogły. Od tych smutków odchodziłam, bo one mnie ratowały. Teraz ja musiałam wziąć odpowiedzialność za te wszystkie rodziny pszczele, a każda rodzina jest inna, trzeba poznać jej potrzeby. Bałam się sprzedawać te pszczoły komukolwiek, żeby ich nie zmarnowano. A sama przecież nie dałabym rady. Jeszcze jak mój mąż żył, poznaliśmy młodego człowieka, pana Ludwika, który był zainteresowany hodowlą pszczół i miał do nich dobre podejście. Jemu zaproponowałam, żeby przejął naszą pasiekę, a sobie zostawiłam niewielką część. Razem pracujemy i nawzajem sobie pomagamy; on mnie wspomaga w cięższych pracach, a ja jemu służę swoją wiedzą. Nabyłam ją od męża, trochę z literatury, a teraz przekazuję ją panu Ludwikowi. On mówi, że jest moim trzecim dzieckiem, a ja go napominam, żeby chętnie dzielił się swoją wiedzą o pszczołach z innymi, bo nie wszyscy tak robią.

Maria Dyczewska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości