Zaczął grać na harmonijce w wieku ośmiu lat. Był samoukiem, a instrument pomagał w zdobyciu pieniędzy dla żyjącej w wielkie biedzie rodziny. Pokochał muzykowanie, a z harmonijką nie rozstaje się od 60 lat. Dziś ma w swojej kolekcji ponad sto instrumentów i systematycznie powiększa swój zbiór. Poznajcie niezwykłą historię Kazimierza Gruenholza z Chmielna, przez mieszkańców zwanego po prostu "Słodkim".
Niewielki domek, usytuowany na jednym z malowniczych chmieleńskich wzgórz. Z tarasu rozpościera się zachwycający widok na całą miejscowość. To w nim pan Kazimierz zgromadził ponad sto harmonijek, pochodzących z różnych krajów i okresów. Jedna z nich jest pamiątką po walczącym pod Monte Casino żołnierzu. Podarował ją przed śmiercią swojemu towarzyszowi, z prośbą by przekazał ją jakiemuś miłośnikowi gry na tym instrumencie. I tak po kilkudziesięciu latach harmonijka trafiła do zbiorów pana Kazimierza.
Jego pasja do harmonijek zrodziła się już w dzieciństwie. Niezwykła historia życia naszego bohatera mogłaby posłużyć za scenariusz filmowy. Pan Kazimierz urodził się w 1948 roku. Gdy miał sześć miesięcy trafił do rodziny zastępczej. Ta przygarnęła chłopca po tym, jak ksiądz w kościele podał informacje o dzieciach do adopcji. Wojsko odebrało sześcioro najmłodszych dzieci rodzinom przesiedlanych Niemców, których pociągiem wywożono do Niemiec. Wśród nich był pan Kazimierz i jak się po latach okazało, jego brat bliźniak. Ale o tym nieco później.
-Żyłem w bardzo biednej rodzinie, każdy z nas musiał od najmłodszych lat pracować, żebyśmy mieli co jeść. Na harmonijce zacząłem grać w wieku ośmiu lat, by przeżyć. Najpierw grałem na grzebieniu, potem ktoś, nie pamiętam już kto, podarował mi starą harmonijkę. Grać uczyłem się sam, potem chodziłem z szopką, przygrywając na niej - opowiada pan Kazimierz.
Mieszkał w Redzie. W jego dzielnicy obok siebie żyły rodziny bardzo majętne i skrajnie biedne. W tym środowisku chłopcu było niezwykle trudno. Jego matka pracowała u bogatych rodzin jako praczka, w zamian dostawała jedzenie. Często brała syna ze sobą. Mały Kazimierz, by przeżyć, zbierał jagody, grzyby. Przyniesienie do domu ilości jagód mniejszej niż 5 litrów kończyło się laniem. Wakacje spędzał pracując na gospodarstwie rolnym. Godzinami chodził za koniem, wybierając z pola kamienie, usuwając chwasty. Pieniądze, które zarobił z szopki musiał oddawać rodzicom. Udało się jednak odłożyć niewielką sumę na nową harmonijkę.
W wieku dziewięciu lat pan Kazimierz odnalazł swojego brata bliźniaka. Wtedy też dowiedział się, że rodzina, którą uważał za własną zaadoptowała go.
- Brat był do mnie tak podobny, że pomylili go ze mną. Jeździliśmy wtedy do Władysławowa kupować ryby, które później sprzedawaliśmy, w ten sposób zarabiając. W tym czasie był tam też mój brat ze swoją mamą. Moi koledzy wyciągnęli go z pociągu, a gdy jego mama zaprotestowała pytając, co robią, odpowiedzieli, że przecież to jest kolega. Potem, brat z swoją mamą przyszedł do mojej szkoły. Ja wziąłem tornister i uciekłem. Nie wierzyłem, że mam brata, bo rodzina, z którą mieszkałem mówiła, że jestem ich dzieckiem. Cała klasa wraz z bratem przyszła do mnie do domu. To był bardzo wzruszający i wesoły moment, wszyscy płakali - opowiada.
Brat pana Kazimierza zmarł pięć lat temu, ale przez całe życie mieli ze sobą bardzo dobry kontakt. Na weselu brata, pan Słodki poznał swoją żonę Helenę. Z nią przeżył szczęśliwie kilkadziesiąt lat, doczekali się trójki dzieci i gromadki wnuków. Najstarszy - Dawid i jeden z najmłodszych - Maks, po dziadku odziedziczyli talent muzyczny. Dawid gra w zespole na perkusji, Maksymilian pięknie śpiewa, dziadek niedawno kupił mu organki, by mógł rozwijać swoje talenty.
Przed 30 laty, panu Słodkiemu udało się odnaleźć mamę. Mieszkała w Niemczech. Pomógł mu w tym, pan Fąferko, bibliotekarz z Chmielna, pisząc do szwajcarskiego oddziału Czerwonego Krzyża. Wtedy też okazało się, że pan Kazimierz ma trzy siostry, które były nauczycielkami . Dwie żyją do dziś. Ojca nigdy nie poznał.
-Mama nigdy nie zdradziła nam, kto był naszym ojcem. Mógł nim być polski oficer, bo ktoś nam wspomniał, że kiedy trafiliśmy do szpitala odwiedzał nas żołnierz z czerwonym pasem na mundurze - opowiadał.
Trudne doświadczenia z dzieciństwa, uwrażliwiły go na los innych. Stara się pomagać innym jak może. Gdy prowadził cukiernię, potrafił np. obdarować potrzebującą rodzinę opałem na zimę. Od lat odwiedza też dzieci z oddziału onkologicznego w Gdańsku i gra im na harmonijce, wspiera pensjonariuszy domu opieki na święta organizuje dla nich ciasto od zaprzyjaźnionego cukiernika.
- Wychowałem się w biedzie i wiem, co to znaczy. W życiu trzeba być dobrym, bo dobro zawsze wraca - podkreśla muzykant.
Z zawodu pan Kazimierz jest cukiernikiem. Stąd też wziął się jego przydomek "Słodki". Najpierw pracował w Grand Hotelu, gdzie jego wypieki jedli m.in. Fidel Castro i Czesław Niemen. Potem ze wspólnikiem prowadził zakład piekarniczo-cukierniczy w Żukowie. Spółka nie przetrwała trudnych czasów i trzeba było po latach ją rozwiązać. Wtedy też przeniósł się do Chmielna i tam przez 15 lat prowadził ciastkarnię.
- Moja przeprowadzka do Chmielna to też ciekawa historia, graliśmy u księdza Kostki w karty. Ksiądz powiedział, że ma w pobliżu działki do sprzedania. Oglądaliśmy je w nocy, po ciemku,chodząc z latarkami. Miałem parę groszy przy sobie i dałem na zaliczkę i tak kupiłem ziemie. Najpierw mieszkaliśmy z żoną w wynajmowanym mieszkaniu, po latach wybudowaliśmy dom - opowiada.
Gdy cukiernię zamknięto,"Słodki" wyjechał do pracy do Niemiec. Tu warto zaznaczyć, że prócz muzyki, pasją pana Kazimierza są też konie, karty i sport. Przez lata był animatorem życia sportowego w Chmielnie. W latach 80. organizował m.in. zawody kajakowe. Prowadzona przez niego grupa brała udział w licznych rozgrywkach sportowych, z powodzeniem zajmując na nich wysokie lokaty. Zdolny muzykant był też jednym z pierwszych dorożkarzy w Chmielnie. Jak sam opowiada pierwszego konia kupił za papierosy.
- Po powrocie z Niemiec kupiłem konia. Pracując tam, zrezygnowałem z palenia i odkładałem trzy marki dziennie i tak uzbierałem pieniądze na klacz. Gdy potem powiedziałem żonie, że kupiłem konia zapytała jakiego? Na biegunach? Nie mogła uwierzyć, że prawdziwego. Nie wiedziałem, że klacz, którą nabywam, była źrebna, po pół roku miałem więc już dwa koniki - dodaje.
Pasjonat harmonijki ogromnie angażował się w życie lokalnej społeczności, do dziś zresztą promuje Chmielno gdzie się da. "Słodki" był współzałożycielem zespołu Chmielanie, razem ze śp. Wiesławem Byczkowskim, skompletowali kapelę przygrywającą tancerzom i zebrali instrumenty dla nich. Później pan Kazimierz wspólnie z Zenonem Sochą założył kapelę Podzamkową, umilającą swoim graniem liczne imprezy regionalne, wesela i inne wydarzenia na Kaszubach. Dziś współpracuje z Krzysztofem Formelą. Duetu można posłuchać latem podczas wieczorków biesiadnych w ośrodku Krefta.
Słodki jest utalentowanym samoukiem gra nie tylko harmonijce, ale także na akordeonie, burczybasie, diabelskich skrzypcach i bazunie. Największą przyjemność sprawia mu jednak gra na harmonijce. Muzykant zaczął je również kolekcjonować. Zbiór powiększa systematycznie od kilku lat.
- Staram się kupować kilka harmonijek w roku, szukam ich w antykwariatach, pomaga mi też mój zięć, szukając ciekawych okazów na allegro - dodaje.
Na harmonijce grał w różnych zakątkach Europy, na lądzie i w powietrzu.
-Grałem na wieży Eiffla, w Gruzji, w Estonii, w Rosji, w Egipcie, w Turcji. Kiedyś zagrałem nawet w samolocie, ależ wtedy było wesoło! Należę do sopockiego koła emerytów, z nimi jeżdżę na wycieczki i często przygrywam ich uczestnikom. Grałem chyba wszędzie i też na różnych okazjach, zdarzało się i na pogrzebach. Gram w każdej wolnej chwili, sprawia mi to ogromną przyjemność, a ludzie lubią słuchać jak gram - opowiadał muzykant.
Podróżując po świecie dba o promocję swojej miejscowości. Zabiera z sobą foldery i materiały promocyjne, rozdaje je poznanym osobom opowiadając o Chmielnie.
Kilka dni temu pan Słodki wrócił z prestiżowego ogólnopolskiego konkursu gry na harmonijkach ustnych "HaKam 2016". Występował tam już po raz czwarty z sześćdziesięcioma najlepszymi harmonistami z Polski i różnych zakątków Europy. Konkurs jest bardzo prestiżowy. Nie przyznaje się na nim miejsc, ale wyróżnia się tzw. Złotą Dziesiątkę. Do niej muzykanta zakwalifikowano dwa razy.
- W wyjazdach na ten konkurs bardzo mi pomaga pan Jacek Wroński. Już czterokrotnie sfinansował dojazd do Kamienia, jestem za to ogromnie wdzięczny i bardzo mu dziękuję - dodaje pan Kazimierz.
Kaszubski wirtuoz harmonijki potrafi zagrać niemal wszystko, nawet kolędy i pieśni religijne, najbardziej jednak lubi melodie biesiadne i dawne przeboje. Kolędy w wykonaniu muzyka można posłuchać na youtubie. Kilka lat temu Słodki wydał też płytę, na której znalazły się harmonijkowe aranżacje polskich i kaszubskich szlagierów.
Swoją historię nasz rozmówca planuje w przyszłości opisać w książce. Obecnie marzeniem muzyka jest zebranie największej w Polsce kolekcji harmonijek. W Kamieniu, gdzie był na festiwalu znajduje się muzeum ze zbiorem liczącym około 130 instrumentów. Słodki na razie ma ponad sto.
Magdalena Damps-Zdrojewska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze