Ano – jedzie, jedzie. Z tym, że ostatnimi laty zazwyczaj „uszczęśliwia” mnie jedynie rachunkami, na widok których dostaje arytmii serca, albo reklamami, których od dawna nie czytam. Przydają się zimą, kiedy znajdują swoje miejsce w piecu. Gdy więc przyjeżdża listonosz, patrzę na niego błagalnie, aby obdarował mnie listem lub chociaż kartką z Bangladeszu czy przynajmniej z Koziej Wólki.
Tak też było ostatnio, a że wkraczamy w czas wysyłania i otrzymywania życzeń świątecznych, toteż wzrok mój musiał być już tak błagalny, jak może mieć tylko wygłodniały i bezdomny kundel.
Guzik. Nic. Dwa rachunki i tyleż reklam. I wtedy mocno huknąłem się w czoło (włosów coraz mniej, więc było gdzie się huknąć). „Ty nieprzytomny marzycielu! Oczekujesz listów? A ty co? Kiedy ostatnio do kogokolwiek napisałeś? Hmmm... Kiedy to było...?” Stałem tak chwilę, skrobiąc się palcem w miejsce przed chwilą huknięte. „Nie pamiętam! Czyżby było już aż tak źle? Tak, mój panie. Jest źle. Nie z twoją pamięcią, ale z tym, że dopuściłeś do głosu lenia. Raczej LENIA!”. Ze wstydu zrobiłem się czerwony, podniosłem prawą rękę i zacząłem wypowiadać przysięgę wobec samego siebie: „Obiecuję przepędzić ze mnie lenia, odnaleźć adresy znajomych i zastąpić dziobanie palcem w przyciski telefonu komórkowego na machanie długopisem po kartce papieru”.
Zmobilizowany taką przysięgą przepędziłem lenia i zastanowiłem się, gdzie właściwie mam adresy znajomych? Wiem! Na kopertach listów, które dawno temu od nich dostałem. Uświadomiłem też sobie, iż konkretnych ludzi pozamieniałem na numery telefonów, wbite w komórkę. Jak w jakimś obozie pracy, albo jeszcze gorzej... W ciągu ostatnich lat byłem w stanie zamroczenia, spowodowanego „nieograniczonymi” możliwościami komórek. Również w dziedzinie wysyłania życzeń. Koniec z tym.
Pogalopowałem więc na poddasze, gdzie stała wielka waliza. Swego czasu towarzyszyła mi w niejednej wyprawie, ale od dnia, w którym otrzymałem na urodziny nowszy egzemplarz, biedaczka spełnia rolę przechowalni bardzo osobistych pamiątek w postaci kilkunastu albumów ze zdjęciami i około dwóch setek listów. Kiedy więc otwierałem walizkę, czułem się trochę jak Alibaba nad kufrem pełnym złota. Bo owe listy są dla mnie swoistym skarbem – skarbem, dzięki któremu od czasu do czasu mogę wyruszyć w podróż, jakiej nie zagwarantuje żadne biuro turystyczne na świecie. To podróż w przeszłość. Do ludzi, miejsc i sytuacji, z których jedne mocno jeszcze tkwią w pamięci, inne zaś nadszarpnął swym bezlitosnym zębem czas i aby odtworzyć ich kształt, trzeba sięgnąć do... listów.
Szukając więc adresów, nie potrafiłem powstrzymać się od przeczytania jednego, pięciu, dziesięciu listów. Jedne wywoływały śmiech, inne smutek, następne nostalgię, kolejne zaś powodowały, że oczy robiły się jakoś tak dziwnie wilgotne... Wiele z tych listów powstało kilkanaście lat temu, wiele ma nawet dobrze ponad dwadzieścia wiosen. Czy to wszystko wydarzyło się w moim życiu naprawdę? Widocznie tak, skoro mam właśnie w ręku namacalny tego dowód. Nie żaden urzędowy druk, ale zapisane, wiecznym piórem lub długopisem, „żywe” słowa, nad którymi dawno temu ktoś nieźle myślał. Ten ktoś musiał poświęcić czas, znaleźć odpowiedni papier, coś do pisania, zaadresować kopertę, kupić znaczek itp.... A skoro włożył w to tyle wysiłku, to znaczy, że sprawy, o których pisał, były dla niego bardzo ważne. Co więcej – dla niego ważny był a d r e s a t! Zajrzałem do kolejnej koperty, wyjąłem list, rozwinąłem go i... znieruchomiałem na kilka chwil. List od człowieka, który już nie żyje. Nie byłoby w tym pewnie nic szczególnego – ostatecznie takich listów mam więcej – gdyby nie to, iż ten człowiek w momencie śmierci miał lat piętnaście...
Ów kawałek papieru jest dla mnie wyrzutem sumienia: nie zdążyłem dla tej młodej osoby uczynić tyle, ile ode mnie oczekiwała.
Niestety, takie refleksje przychodzą zbyt późno, ludzie zaś znikają z horyzontu naszego życia zbyt gwałtownie. Sięgnąłem po kolejny list (obiecałem sobie, że ten już będzie ostatni – ostatecznie miałem szukać tylko adresów). Oooo... Czemu to pismo takie rozmazane? List pisany na deszczu, czy co? Rzuciłem okiem na treść i już wiedziałem. To były ślady łez. Przypomniałem także sobie, dlaczego właśnie wtedy spływały na ten listowy papier i kto je ronił... Były to sprawy bolesne i ważne. Tak ważne, iż było niemożliwością, aby unieść je w pojedynkę – do pomocy potrzeba jeszcze kogoś, nawet gdyby miała to być pomoc udzielana za pomocą zwykłej kartki papieru, zapakowanej w kopertę.
Włożyłem wszystkie listy do walizki, zamknąłem ją i wyniosłem na poddasze. Wróciłem z podróży. Trwała dwie godziny, ale mnie się wydawało, że podróżowałem dwadzieścia lat. Te listy to moje wyspy i lądy, na które chętnie wracam, by upewnić się, że faktycznie istnieją. A nuż zobaczę jeszcze coś, co poprzednio przeoczyłem.
A teraz szanowni zwolenniczy sms–owych życzeń (o listach nie ma tu mowy) – pokażcie mi taką komórkę, która po dwudziestu, kilkunastu czy nawet kilku latach potrafi wykrzesać z nas tyle wzruszeń, co owe „przestarzałe” listy, przechowywane w szufladzie, kufrze czy walizce! Nie trudźcie się – nie ma takiej!
Na żadnym aparacie nie zachowają się tak długo ślady łez. Jedyne, co możecie zobaczyć, to gasnące światełko po wykasowaniu kolejnej wiadomości. Możesz taką wiadomość zachować przez dłuższy czas, ale w końcu ją wykasujesz. Tym samym zaś „wykasowujesz” ze swej pamięci cząstkę jakiegoś człowieka.
Tak, pewnie jestem archaicznym romantykiem a nawet zmurszałym wykopaliskiem archeologicznym. Będę tego w sobie bronić do końca moich dni. Nie mam zamiaru przepoczwarzyć się w bezdusznego cyborga, który coś wpisuje w elektroniczną maszynkę, potem wykasowuje, wpisuje, wykasowuje, wpisuje... Komórki są błogosławieństwem, gdy trzeba komuś szybko przesłać ważną wiadomość. Stają się przekleństwem w przypadku jakichkolwiek życzeń, a tak zwane „listy” są jedynie mierną atrapą rzeczywistych listów. Ja brzydzę się jakimikolwiek atrapami. Będę więc skrobał te swoje niemodne listy i dziękował dobremu Panu Bogu, że przemawia do mnie żywym Słowem, a nie przy pomocy komórki. Mógłby mnie przecież wykasować z pamięci...
Augustyn
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze