Po naszym artykule o kłodach, jakie niespodziewanie ułożyli przed chorą na nowotwór złośliwy Anią Kotłowską z Sierakowic gdańscy lekarze, na reakcję naszych czytelników nie trzeba było długo czekać, a lekarze z Akademii Medycznej zmienili stanowisko. Wiemy, że odpuścili i diagnoza gdańskich lekarzy trafi jednak do USA.
Ta sprawa poruszyła również grono naszej redakcji. Tylko przez „delikatność materii”, nie zapytaliśmy wówczas o komentarz rodzinę i samą Anię. Uznaliśmy, że sugerowanie tej dzielnej dziewczynie czegoś takiego jak to, że przestali wierzyć w jej szanse na zdrowie lekarze, mogłoby wyrządzić nieodwracalne szkody. A przecież jak napisaliśmy w ubiegłym tygodniu, nadzieja umiera ostatnia. Co by się stało, gdyby tejże nadziei zabrakło samej Ani...?
Myliliśmy się jednak. Ania umie walczyć o życie. Okazało się, że dużo racji miał poseł Lamczyk, który podjął się trudnego dzieła mediacji w Ministerstwie Zdrowia w sprawie zagranicznego leczenia Ani. Powiedział, że w oczach tej dziewczyny widzi wolę walki o życie, a „dopóki ta nie zgaśnie, dopóty jest nadzieja”. Potwierdzenie tej tezy znaleźliśmy na blogu Ani, gdzie 18-latka walcząca o życie, pisze jak zwyczajna, wkraczająca w dorosłość nastolatka, a nie jak osoba, która zdaniem lekarzy, nie ma już szans.
Z pamiętnika Ani, 31 stycznia br.
Odwiedziły mnie koleżanki. Na razie tylko dwie, ale obiecały że wpadną jeszcze z resztą dziewczyn. Fajny był ten dzień. Zrobiłyśmy sesję zdjęciową i śmiałyśmy się przy tym tak, że trudno sobie wyobrazić. Zrobiłam sobie nawet zdjęcia w fartuszku kosmetyczki i wyszły super. Kilka zdjęć zrobiłam na stojąco, ale musiałam zawsze się czegoś przytrzymać, bo inaczej bym nie ustała. Mam problemy z utrzymaniem równowagi. Całkiem dziś zapomniałam o chorobie. Tak dobrze się z nimi czułam, całkiem jak zdrowa. I po zdjęciach też nikt by nie pomyślał, że jestem chora. Jednak nie wszystko jest różowe. Rozmawiałam z panią z gazety w związku z moim leczeniem, ponieważ jest szansa, abym pojechała leczyć się do Niemiec, za pieniądze z NFZ. Niestety, moi lekarze z Akademii Medycznej nie chcą wypisać jednego dokumentu, od którego wszystko zależy. To tak, jakby nie chcieli dać mi szansy na leczenie. Nie rozumiem, czemu oni chcą mi tę szansę odebrać? Przecież to moja szansa na życie, a w tej chwili zależy od jakiegoś głupiego papierka. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze...
Pocieszam się myślą, że niedługo odwiedzą mnie koleżanki, z którymi chodziłam kilka lat do szkoły. Fajne dziewczyny, zawsze takie wesołe, że aż miło się z nimi siedzi i rozmawia. Szkoda tylko, że nie mają czasu częściej mnie odwiedzać, ale rozumiem to. Najważniejsze, że w ogóle przychodzą. Miałam też taką koleżankę, która za wszelką cenę unikała spotkania ze mną, od kiedy dowiedziała się, że jestem chora. Trochę było mi przykro, ale po pewnym czasie przestałam nalegać na odwiedziny. Na szczęście mam inne koleżanki, na których zawsze mogę polegać i które z chęcią mi pomagają. Jest dużo prawdy w tym, że przyjaciół poznaje się w biedzie... Dla mnie najważniejsze jest to, że nie jestem sama z chorobą i mogę liczyć na pomoc znajomych, a nawet obcych ludzi, którzy zrobili bardzo dużo, abym chociaż na chwilę zapomniała o chorobie. Takich ludzi na pewno można nazwać przyjaciółmi.
Lucyna Puzdrowska, Gazeta Kartuska
Więcej będzie można przeczytać w jutrzejszym numerze tygodnika.
Ponadto w numerze:
- Rozmowa z posłem Stanisławem Lamczykiem o audycie energetycznym.
- Wspomnienie o ks. Wademarze Piepiórce w pierwszą rocznicę śmierci.
- Z policyjnych statystyk.
- Jakie imiona wybieramy dla pociech.
- O kaszubskich nazwach miejscowości na tablicach.
- Ciekawostki i rozmaitości.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze