Reklama

Hopowo. Dom pogodnej starości - "W życiu nikogo z rodziny bym tam nie oddała"

Świerzb, ropiejące rany, odświeżacz samochodowy i chusteczki nawilżające zamiast kąpieli, skrajne oszczędzanie na środkach czystości i powierzchowna opieka - taki obraz Domu Seniora "Wrzos" w Hopowie przedstawiają obecni i byli pracownicy.

Dom Seniora "Wrzos" jest miejscem spełniającym wszystkie kryteria, aby sprawować profesjonalną opiekę nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi. Starsze osoby otrzymają tutaj opiekę, będą mogły wypoczywać w spokoju i czuć się komfortowo. Mieszkańcy przez całą dobę mają zapewnioną opiekę pielęgniarską, a doświadczony personel podchodzi ze szczególną opieką do chorych i niesamodzielnych osób w różnym wieku. Pensjonariusze mogą zawsze liczyć na wyrozumiałość, cierpliwość, troskę oraz rodzinną atmosferę w placówce - głosi internetowa reklama.

To miała być praca marzeń

- Do pracy trafiłam z ogłoszenia. Przyszłam na rozmowę kwalifikacyjną. Zostałam przyjęta od ręki. Tego samego dnia zostałam już w pracy. Obejrzałam ośrodek. Nowy. Dobrze wyposażony. W każdym pokoju znajdowała się łazienka. Przy łóżku krzesełko, na które można posadzić osobę niepełnosprawną, wjechać z nią pod prysznic i ją umyć - opowiada jedna z byłych pracownic.

- Seniorzy - Pan Włodek wuefista, pan Paweł wojskowy, pani Kazia nauczycielka, pani Janina pisarka, Pan Antoni lekarz, pani prawniczka.... Przesympatyczni ludzie. Uczę się na opiekuna medycznego i pracowałam już z osobami starszymi, więc mówię: znalazłam pracę marzeń. Byłam zachwycona. I pracą. I pensjonariuszami. I szefową.

Jak dodaje, podopieczni, w znacznej większości, są to osoby chore, niesamodzielne, zmagające się z demencją starczą, mające trudność w porozumiewaniu się lub całkowicie bez kontaktu, u niektórych występują napady agresji. Wymagają stałej pomocy nawet w najprostszych czynnościach życia codziennego. Trzeba ich ubierać, karmić, myć. Nie są w stanie samodzielnie zaspokajać nawet potrzeb fizjologicznych. Są całkowicie zdani na pomoc innych osób. Potrzebują cierpliwości, wyrozumiałości, a przede wszystkim poświęcenia im czasu.

Rodziny pensjonariuszy płacą niemałe sumy, by ich bliscy mieli całodobową opiekę, by ich ostatnie lata życia upłynęły w spokoju, komforcie i rodzinnej atmosferze tak, jak zostało to przedstawione w reklamowej ulotce.

Nie wszystko złoto, co się świeci

Szybko okazało się, że to co było idealne na pozór, w rzeczywistości jest inne. Łóżko - "salon" - łóżko - tak najłatwiej opisać dzień z życia pensjonariuszy - mówią pracownicy.

- Przychodziło się na 7. rano. Na zmianie, która trwała 12 godzin, były dwie opiekunki. Na dzień dobry trzeba było wyciągnąć (z łóżka) około 25-28 podopiecznych. Zajmowało to trzy godziny. Niektórzy byli chodzący, niektórzy leżący, obłożnie chorzy. Przewijałyśmy pacjentów. Wsadzałyśmy na wózek, przywoziłyśmy do stołu do jadalni i ta osoba była karmiona i pojona.

- Podopieczni spędzali czas w salonie. Siedzieli, bezwiednie patrząc w ekran włączonego telewizora lub przed siebie. Nie było żadnych zajęć, rehabilitacji, ćwiczeń, czy innych rozrywek. Musieli po prostu odsiedzieć swoje.

- Potem był obiad i ponowne wsadzanie do łóżek. Godzinę odpoczywali. Czasami była zmiana pieluchy, a czasami nie. Na kolację wyciągaliśmy większość, ale nie wszystkich. W "wolnych" chwilach sprzątanie, zmiana pościeli w łóżkach, pranie, wieszanie, suszenie... Na nocnej zmianie była tylko jedna opiekunka. Należało do niej zmycie wszystkich talerzy, sprzątanie włącznie z myciem podłóg i toalet, pranie, suszenie, prasowanie pościeli. A w tym czasie trzeba było jeszcze przewrócić osoby leżące, zmienić pampersy...

Kropka zamiast kąpieli

- Nie było mycia buzi, czy zębów. Od pensjonariuszy śmierdziało. Kąpanie? Bardzo sporadycznie. Może w ciągu tygodnia były wykąpane dwie osoby i to i tak powierzchownie. Cała higiena osobista ograniczała się do mycia chusteczkami nawilżającymi. Po obiedzie wycierało się ręce i buzie, i smarowało się kremem. Jak dopytywałam się, że czy kogoś wykąpać, to słyszałam nie, na to będzie czas później.

Pracownice miały obowiązek prowadzenia zeszytu, w którym miały zaznaczać, kiedy pensjonariusze byli kąpani.

- Byłam świadkiem takiej sytuacji, gdy opiekunka z dłuższym stażem kontroluje zeszyt i mówi "O pani Janina była kąpana dwa tygodnie temu. Postawię kropkę. Jak zdążymy ją wykąpać, to zdążymy. Jeśli nie to, przynajmniej będzie odznaczone" i skończyło się na tym, że nie zdążyliśmy, a następna zmiana miała informację, że panią Janinę wykąpano.

K2 czyni cuda

Stresujące dla personelu sytuacje pojawiały się, gdy bliscy pensjonariusza dzwonili, że chcą go odwiedzić. W ruch szły więc suche szampony, chusteczki i ...K2.

- Jak otrzymaliśmy telefon, że przyjeżdża ktoś z rodziny, słyszeliśmy od szefowej "Masz zrobić tą panią na bóstwo. Jak ktoś się nad nią pochyli ma pachnieć". Nie oznaczało to wcale kąpieli, mycia włosów czy innych z tego typu zabiegów. Wtedy dowiedziałam się o istnieniu suchego szamponu. Włosy spryskiwało się suchym szamponem, a pupę i miejsca pod pachami czyściło się pianką myjącą. Na koniec pryskało się na ciało odświeżaczem do samochodu K2, takim o cytrynowym zapachu, żeby ładnie pachniało.

Świerzb

- To był mój drugi dzień pracy. Podeszły do mnie inne opiekunki i zapytały, czy zdaję sobie sprawę, że panują tu choroby zakaźne i trzeba uważać. Jedna z pracownic odsłoniła dekolt i pokazała mi liczne krosty, które swędzą. Ręce i nogi też miała zainfekowane. Druga też pokazała mi blizny. Szefowa nie wspominała o żadnej chorobie.

- Po tygodniu pracy wyskoczył mi jeden pryszcz, potem kolejny. Zaczęły swędzić, więc drapałam się. Szybko pojawiły się mi na całym ciele. Poszłam do lekarza. Usłyszałam, że może być to świerzb. Z płaczem pobiegłam do dermatologa. Zapisał mi maść, a lekarz pierwszego kontaktu wypisał mi zwolnienie. Do tej pory mam blizny.

Nie tylko pracownice były zainfekowane świerzbem. Jak opisuje jedna z pracownic, przede wszystkim chorowali pensjonariusze. - Siedzieli i drapali się - wtrąca. Nie trwało długo, gdy i ona została zarażona.

- Tadeusz drapał się, Janina bardzo się drapała. Basia liczne krosty, Józek też się drapał, Łucja - drapała się, pani prawniczka mówiła, że całe ciało ją swędziało. Ela - też się uskarżała, Irena - miała zainfekowane całe nogi. Paweł, jedyny w miarę świadomy, nieustannie się drapał, ale kwitował to tak, że nas starość tak pewnie musi być.

- Ostatniej nocy, kiedy pracowałam, zajrzałam do pani Zosi, która uskarżała się na ból. Odkryłam kołdrę. Podrapała się tak, że z ran poleciała krew.

Krem na ropiejące rany

- Były dwie osoby, które miały rozległe owrzodzenia całego ciała. To były takie rany, że przechodzą ludzkie pojęcie. Jeden z pensjonariuszy miał na ręce wrzód wielkości mandarynki. Twardy. Czerwony. Zaogniony dookoła. Lała się z niego ropa z krwią i wodą. Bolało ich to niesamowicie. Smarowaliśmy sudocremem. Jak jedna rana została zaleczona, to zaraz pojawiał się kolejny wrzód.

Podarte rękawiczki i unoszący się zapach octu

- Wszystko czyściło się octem. Wszędzie unosił się ten zapach. A rękawiczki musiałyśmy oszczędzać - wspominają byłe pracownice.

- Środków dezynfekujących nie ma. Jest ocet, którym czyści się wszystko.

- Większość osób była leżąca, więc swoje potrzeby fizjologiczne załatwiali pod siebie. Materace były całkowicie przesiąknięte moczem. Wynosiliśmy je na dwór. Suszyliśmy ile się dało, a potem zakładaliśmy je z powrotem. Dla obłożnie chorych były dmuchane, przeciwodleżynowe materace. Nie czyściliśmy materaców tak, jak powinno się to robić. Były zlane octem, przetarte szmatą i koniec.

- Miałyśmy nosić jedną parę rękawiczek przez cały dzień, albo do momentu aż się podrą. Szefowa nie raz zwracała nam uwagę, że zużywamy za dużo rękawiczek. Nie liczyło się to, że mamy do czynienia z fekaliami, a za chwilę mamy podać posiłek. Według niej te rękawiczki można umyć i dalej ich używać. Aby dłużej wytrzymały, nosiłam dwie pary na raz.

Opiekunki z łapanki, pseudoopieka

- Wśród pracowników panuje wielka rotacja. Niektórzy przychodzą na jeden dzień i zwalniają się. Nie dają rady.

- Kwalifikacje? Nikt się o nie pytał. Liczyło się to, że chce się pracować. Jestem w trakcie nauki na opiekuna medycznego. Dzięki temu posiadałam najwyższe kwalifikacje ze wszystkich zatrudnionych.

- Ludzi bierze się z łapanki po okolicznych wioskach, bez kwalifikacji, tylko żeby chcieli pracować.

- Była taka jedna opiekunka, która agresywnie podchodziła do pensjonariuszy. Przy wyciąganiu pan, który ma zaburzenia agresji, chwycił ją za mocno, a ona go po prostu uderzyła. Uderzyła trzy osoby przy mnie. Inna po łapach dawała.

- Jesteśmy przeciążone obowiązkami. Nie mamy czasu dla pensjonariuszy. Nasza rola ogranicza się to wyciągnięcia i włożenia do łóżek pensjonariuszy. A musimy też prać, sprzątać.

- Sam pensjonat jest nowoczesny. Jest za mało opieki. Dwie opiekunki na ponad 20 osób to jest zdecydowanie za mało, aby codziennie wszystkich choćby podmyć ciepłą wodą i mydłem.

- Ci ludzie są zaniedbani, skrajnie zaniedbani. To jest coś okropnego. W życiu nikogo z rodziny bym tam nie oddała. Najgorsze są te owrzodzone ciała.

- Nie wiem, czy to przez żądze zysku, ale jak dla mnie ci ludzie są odzierani z godności.

- Moim obowiązkiem była opieka nad tą osobą. W moim mniemaniu to nie tylko dbanie o warunki bytowe, ale też kontakt, rozmowa. Na to nie było czasu.

- Oni cierpią, ale nie mogą się nikomu poskarżyć.

To paszkwil!

Zostaliśmy zaproszeni przez Janinę Trzebiatowską, właścicielkę Domu Seniora Wrzos w Hopowie, do placówki, byśmy przekonali się na własne oczy, że to co mówi się o jej ośrodku jest wyssane z palca. Zapewniała, że chętnie oprowadzi nas po placówce, wszystko pokaże i odpowie na wszystkie pytania, a także że będziemy mieli możliwość swobodnej rozmowy z jej pracownikami.

Pojechaliśmy. Spotkanie trwało dziesięć minut, w jego trakcie właścicielka wygłosiła oświadczenie, w którym podkreślała, że jej ośrodek spełnia najwyższe standardy.

- Chciałam zapewnić, że te zarzuty w najmniejszym calu nie są prawdziwe. W połowie roku musiałam zbudować od nowa załogę. Jedna z pracownic zaszła w ciążę, potem druga. Trzecia miała wypadek. Potem czwarta oznajmiła, że jest w ciąży. Teraz bardzo dobrze nam idzie. Zaniepokoiłam się tym, że rozmawiacie z moimi pracownikami i chcecie wystraszyć mi załogę - mówiła Janina Trzebiatowska.

- Od wielu lat prowadzę placówkę opiekuńczą z wielkim oddaniem i poświęceniem. O narażeniu życia w naszej placówce, nie ma mowy. Placówkę prowadzę od 30 lat. Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że 24 godziny na dobę bez urlopu poświęcam życie swoim podopiecznym. Nie ma brudu, głodu, chłodu, świerzbu, zagrożenia życia. I tyle - podsumowała.

Po pierwszym pytaniu o sposób sprawowania opieki nad seniorami, nagle stwierdziła, że nie ma czasu na dalszą rozmowę, bo jest już umówiona na spotkanie. Pozwoliła jeszcze porozmawiać nam z jedną z opiekunek "na osobności". Ta była tak zestresowana, że nie potrafiła nawet jasno wytłumaczyć jaki jest jej zakres obowiązków. Rozmowy nie dokończyliśmy, bo po paru minutach zostaliśmy wyproszeni przez właścicielkę ośrodka. Z seniorami nie mieliśmy możliwości zamienić nawet jednego słowa.

Ta kobieta jest nieobliczalna

Rozmawialiśmy zarówno z byłymi, jak i obecnymi pracownikami. Opisana sytuacja w ośrodku trwa od wielu lat. Także we wcześniejszej siedzibie w Żukowie.

Niektórzy z nich bali się z nami rozmawiać, twierdząc że mają umowy o zachowaniu poufności, za których naruszenie czekają ich poważne konsekwencje. Jakby w ośrodku stosowano nowatorskie chronione patentami metody leczenia. Po umówieniu się na rozmowę z jedną z opiekunek, telefon odebrał jej mąż.

- Żona nie będzie rozmawiać. Boi się. Dlaczego? Ta kobieta jest nieobliczalna - zakończył rozmowę.

Anna Lehmann
Bartosz Kitowski

* Tekst powstał na bazie rozmów z pracownikami Domu Seniora "Wrzos".
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    arterial - niezalogowany 2016-01-28 20:04:41

    @Sara0: Albo na to co zawsze kiedy jakiś obiekt nie spełnia wymogów, a koniecznie chce nadal działać :D

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Sara0 - niezalogowany 2016-01-28 15:24:20

    aaa..... kontrola sanepidu gdzie..??? Na co Sanepid z Kartuz czeka ..? na zbawienie..?? POWIATOWA STACJA SANITARNO-EPIDEMIOLOGICZNA W KARTUZACH ul. Sambora 30 A, 83-300 Kartuzy województwo Pomorskie, powiat kartuski telefon 0586810721

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    rosomak - niezalogowany 2016-01-27 19:02:50

    Aluś, nie przejmuj się Robinem z Huty. To taki lokalny troll. W życiu mu nie wyszło, pracy najwidoczniej nie ma, a więc czasu w nadmiarze do przelewania swoich kwasów na forum. Najlepiej ignorować tego osobnika, bo na rzeczową dyskusję nie licz.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości