Reklama

Zmarłych wyrzucano na gnojowisko - Sybir w opowieści partyzanta TOW Gryf Pomorski

Syberia pochłonęła tysiące istnień ludzkich, wielu jednak udało się przeżyć. Ich świadectwa spisywali badacze, historycy, reportażyści. Ostatnio przedstawiliśmy opowieść o Annie Kos, której wspomnienia zebrała Barbara Kąkol. Kolejna historia to opowieść fryzjera pochodzącego z Kartuz i członka Tajnej Organizacji Wojskowej Gryf Pomorski, który podzielił zesłańczy los jak kilkuset innych partyzantów. Na zesłaniu spędził niecały rok. W jego opowieści najbardziej poruszają opisy obojętności na śmierć i straszliwej biedy mieszkańców regionu.

Przypomnijmy, że w luty i marcu 1945 roku Armia Czerwona zaczęła wyzwalać Pomorze. Na tę chwilę czekało wielu rodaków, marzących o wolności i powrocie do normalności. Rzeczywistość jednak okazała się inna. Dla żołnierzy radzieckich ten region Polski był ziemiami germańskimi. Traktowali je jak swoje trofeum i prześladowali miejscową ludność, gwałcąc, plądrując i niszcząc. Więcej na ten temat pisaliśmy tutaj:

Armia radziecka nie tylko prześladowała miejscową ludność, ale też zesłała tysiące Kaszubów na Syberię. Szacuje się, że z samego powiatu kartuskiego mogło być ich nawet 4,5 tysiąca. Wśród deportowanych była Anna Kos. Jej historię opisaliśmy tutaj:

Reklama



Żołnierze radzieccy wysłali na wschód również kilkuset członków Tajnej Organizacji Wojskowej Gryf Pomorski. Partyzanci, którzy w czasie wojny walczyli o wolność z niemieckim najeźdźcą byli wyłapywani przez niosącą wyzwolenie Armię Czerwoną i wysłani na Sybir.

Taki los spotkał Teofila Knuta i jego braci.  Jeden z nich wyszedł żołnierzom na powitanie. Byli partyzantami, rozmawiając  z żołnierzami cieszyli się, że w końcu po czterech latach ukrywania się w lesie mogą się w końcu upublicznić, niestety tak się nie stało.

Reklama

Jego świadectwo spisali w publikacji pt. „Kolce syberyjskiej róży” Stanisław Janke oraz Edmund Szcześniak. Opublikowano ją w 1990 roku.

Jak podają autorzy publikacji, Teofil Knut w młodości był związany z Kartuzami. Przez pięć lat terminował w zakładzie fryzjerskim u Teofila Pałasza, a jego ojciec był leśnikiem w Wygodzie w pobliżu Mojusza. Państwo Knutowie mieli czterech synów, prócz Teofila, także Jana, Franciszka i Marcelego (Franciszek w czasie, gdy książka powstawała był mieszkańcem Kartuz). Na kilka lat przed wojną przeniesiono rodzinę  do leśnictwa w pobliżu Chojnic.  W lutym 1939 roku Teofil otrzymał powołanie do wojska. Służył w 3. Batalionie artylerii przeciwlotniczej w Gdyni. Gdy Niemcy podbili Polskę rodziców zmuszono do podpisania III grupy listy narodowościowej, pozostali synowie z obawy przed powołaniem do Wermachtu ukryli się w lesie i wstąpili do TOW Gryf Pomorski.

Reklama

Teofil Knut, gdy rozpoczęła się wojna bronił Kępy Oksywskiej pod dowództwem pułkownika Stanisława Dąbka. Po skończeniu walk, trafił do niewoli niemieckiej i obozu pod Stargardem Szczecińskim. Najpierw pracował w okolicznych majątkach, później przeniesiono go do fryzjerni w koszarach wojskowych. Tam poznał grupę polskich cywilów, hydraulików z Bydgoszczy. Pomogli mu w ucieczce. 15 czerwca 1941 roku przynieśli mu strój cywila i wyszedł z nimi do pracy, zaprowadzili go na dworzec i umożliwili powrót do domu. Najpierw ukrywał się u znajomych w Płecnie. Potem dołączył do braci i został członkiem Gryfa.

„Chłopaki, Ruskie są”

Reklama

Cała czwórka Knutów należała do oddziału partyzanckiego „Szyszki”, którym dowodził Jan „Soból” Szalewski. Najstarszy z braci – Jan był dowódcą jednej z grup. Ukrywali się w bunkrach pod Chojnicami. W lesie spędzili trzy zimy. Gdy nadchodził front w lutym 1945 bracia byli w okolicy Gutowca.

Jak wynika z relacji Teofila, opisanej przez badaczy, gdy przyszły wojska radzieckie kilka partyzanckich grup stacjonowało w leśnej dolinie. Ukrywali się w czasie ostatnich niemiecko-radzieckich potyczek.

- O świcie goliłem właśnie Jana, gdy usłyszeliśmy „Chłopaki Ruskie są”. Powiedziałem wtedy „Poczekajmy jeszcze na razie, ogolmy się i odpowiednio ubierzmy”. Brat nie chciał czekać, szybko ubrał kurtkę i popędził do nich. Rosyjski znał dobrze, bo przed wojną przebywał w Łucku na Wołyniu. Po chwili przyprowadził trzech oficerów rosyjskich, a ci zaprowadzili nas wszystkich do sztabu. Tam wypytali skąd się wzięliśmy w lesie i kazali zdać broń – czytamy w relacji opublikowanej w książce.

Reklama

Partyzantów zaprowadzono do Kwieków. Tam nakazano szukania noclegu. Okazało się, że jeden z członków Gryfa ma w tej wsi swój dom. Był pusty,  bo matkę i brata zabili Niemcy. Jeden z końców zajmowała samotna kobieta.

- Kolega w obecności rosyjskiego żołnierza powiedział, iż ta kobieta zdradzała Niemcom że matka i brat współpracowali z partyzantami i Niemcy ich wywieźli do lasu i zabili. Rosjanin słysząc to podał mu pistolet i powiedział: „Skoro tobie wyrządziła taką krzywdę, wyprowadź ją na gnój i zabij. Oczywiście odmówił. Nie miałby sumienia, gdyby tak postąpił – opowiadał autorom publikacji Knut.

Reklama

W Kwiekach spisano dane partyzantów. Pod wieczór zostali przepędzeni z domu do chlewika. Mieli tam spać, ostatecznie jednak kazano im maszerować do Czerska. Tam kazali opróżnić kieszenie i wszystko zabrali. Na pytania dlaczego odpowiadali „Takoj prikaz”. Po upływie doby kazano im się ogolić i umyć, oddano rzeczy i pozwolono wrócić do domu. Nie dostali jednak żadnych dokumentów to potwierdzających.

Papieros pozostawiony na czas wolności

Knutowie wracali wspólnie z kolegą. Najstarszy z braci miał przy sobie papierosy. Czekały zaszyte w kieszeni kurtki na czas odzyskania wolności.

Reklama

- Uszczęśliwieni paliliśmy te papierosy, kiedy raptem pięć kilometrów przed domem, przypędzili na koniach dwaj rosyjscy żołnierze. Zatrzymali nas i kazali zawrócić. Zaczęliśmy się tłumaczyć, że niedawno zostaliśmy zwolnieni, ale i to nie pomogło. Przyszedł inny rozkaz i nie mamy dyskutować – relacjonował Teofil Knut.

Jak czytamy w książce, zatrzymanych poprowadzono do Śliwic, potem do Chełmna, a następnie do Działdowa. Były tam rzesze ludzi. Knutów rozdzielono.

Strzelali na oślep

Teofil trafił z jednym z braci do wagonu towarowego z piętrowymi pryczami.

Reklama

- Położyliśmy się na nich tak jak staliśmy, bez żadnego przykrycia. Był wtenczas mróz i gdy zasnąłem twarz mi przymarzła do tej pryczy. Odczuwam to dziś – opowiadał badaczom Teofil.

Na jednym z postojów transportowani zobaczyli stogi ze słomą, pozwolono im je zabrać i położyć na pryczy. Podczas jazdy, jeszcze na terenie Polski dwóch mężczyzn zgłosiło, że są chorzy. Przeniesiono ich do wagonu-lazaretu. Tam powiększyli dziurę służącą za toaletę i uciekli.

Po tym wydarzeniu pociąg nocą zatrzymał się w polu, żołnierze otworzyli wagony i strzelali na oślep. Wiele osób wtedy zginęło.

Reklama

 Podróż trwała osiem tygodni i była jednym wielkim koszmarem. Wreszcie Knutowie dotarli do celu – miejscowości Róża na Nizinie Syberyjskiej. Bracia znaleźli się w grupie oddelegowanej do sprzątania wagonów.

- Wyciągaliśmy z wagonów trupy. Ułożyliśmy je potem w trzech wagonach. Tych zmarłych i zabitych zrzucono w jedno miejsce i przysypano śniegiem. Gdyśmy sprzątali wagon, w którym przewożono chorych, spostrzegliśmy staruszka, Rosjanina, wygarniającego z zabrudzonej wydzielinami słomy resztki sucharów. Żołnierze przeganiali go kolbami. Spytaliśmy po co to zbiera, a on odpowiedział „sup, sup”. Chciał z tego ugotować zupę. Wtedy z całą jaskrawością uzmysłowiliśmy sobie, co to jest kraj komunistyczny – opowiadał Teofil.

Reklama

Zmarłych wyrzucano na gnojowisko

Zesłańcy trafili do starych, zapadających się ziemianek. Były ciasne, a każda z nich miała co najmniej sto metrów długości. Wokół obozu były fabryki, młyny, kopalnie i cegielnie.

- Spaliśmy tylko na żerdziach, bez przykrycia. Kąpiel była raz w miesiącu i wtedy także zapędzano nas do odwszawienia. Do jedzenia dostawaliśmy tylko trochę kaszy i chleb z żytnich plew, czasami trafiło się coś z amerykańskich konserw – opowiadał autorom książki Teofil Knut.

Przerażające jest też to, że wśród zesłańców znaleźli się więźniowie wyzwoleni z obozu koncentracyjnego Stutthof. Z jednego piekła trafili do, ich zdaniem, nawet jeszcze gorszego.

- Ci, co byli więzieni w Stutthofie mówili, że nawet tam nie było takiego lichego jedzenia. Głód, choroby i odmienny, surowy klimat przyczyniały się do dużej śmiertelności. A zmarłych tam nie grzebano tylko wyrzucano na gnojowisko - opisywał Teofil.

Budowa nowego łagru

Po pewnym czasie zesłańców przebadały dwie felczerki. Badanym przyznawano jedną z pięciu kategorii. Ci z pierwszej i drugiej trafili do kopalni. Knutów zakwalifikowano do grupy trzeciej, która kierowała do prac na powierzchni.  Wywieziono ich do innego obozu, w sąsiedztwie Róży, gdzie stały trzy ogrodzone baraki. Warunki były odrobinę lepsze. Zadaniem więźniów była budowa nowego lagieru. Knutowie  zostali znaleźli się wśród funkcyjnych, którzy spali w oddzielnym pokoiku. W to miejsce skierowano wiele kobiet z Bydgoszczy i Działdowa.  Ścinały w lesie drzewa, rąbały na bale, które na plecach przynosiły do obozu. Z tych bali budowały baraki. Teofil początkowo nic nie robił, bo nie mieli dla niego narzędzi. Potem rozpoczął pracę w wojskowej fryzjerni, w koszarach dla żołnierzy pełniących straż w obozach.

-  A tych lagrów było tyle, że jak okiem sięgnąć wszędzie się je widziało – mówił.

W koszarowej kuchni pracowały Polki, dzięki temu od czasu do czasu podsuwały Teofilowi coś lepszego do zjedzenia. Jesienią sytuacja żywieniowa się poprawiła – na polach dojrzały już kapusta, liście z buraków, kartofle.

Straszliwa bieda wśród miejscowych

Żołnierze pilnowali pól, by miejscowa ludność nie wyciągnęła z ziemi świeżo zasadzonych kartofli.

- Ci ludzie byli bardzo biedni. Najgorzej żyło się samotnym mężczyznom, często specjalistom w fabrykach i kopalniach, którzy pochodzili z innych regionów. Przeważnie mieszkali w budach, które  sami zbili  z różnych kawałków drewna i dykty. Jedzeni, porcje przydzielonej kaszy gotowali na ognisku w puszkach po konserwach – pisali Janke i Szcześniak.

- Pamiętam, że któregoś dnia położono w wolnym pomieszczeniu baraku osiemnastoletnią, ciężko chorą dziewczynę. Felczerka, rosyjska Żydówka i sanitariuszka, Rosjanka, co chwilę do niej zaglądały. Pomyślałem sobie, jakie to one są opiekuńcze i troskliwe. Nagle usłyszeliśmy niesamowity krzyk. Gdy przybiegliśmy, zobaczyliśmy jak te dwie wydzierały sobie brudne majtki nieżyjącej już dziewczyny. Zaglądały do niej, bo czekała na jej śmierć – relacjonował Knut.

Powrót do domu

Anna Kos z Mirachowa spędziła na zesłaniu dwa lata i osiem miesięcy. Bracia Knutowie mieli więcej szczęścia.  Pewnego dnia zabrano ich na przesłuchanie. Dzielono tam ludzi na trzy grupy – internowanych, jeńców wojennych i robotników. Teofil trafił do pierwszej. Coraz częściej mówiono o powrocie do domu, jednak potem partyzant trafił do kolejnego lagru. Tam  znów pracował we fryzjerni. Spędził tam trzy miesiące, potem zabrano go do Czelabińska u podnóża Uralu.

Teofilowi udało się wrócić do Polski 22 lutego 1946 roku. Najmłodszy brat Marceli był już w domu, najstarszy, Jan wrócił w czerwcu 1946 roku. Franciszek początkowo miał wrócić w tym samym czasie co Teofil, jednak był księgowym w młynie i nie mogli sobie poradzić bez niego. Wrócił do domu 1,5 roku później.

Artykuł o historii Teofila Knuta powstał w oparciu o relację zamieszczoną w publikacji pt. „Kolce syberyjskiej róży”, którą napisali Stanisław Janke oraz Edmund Szcześniak. Warto dodać, że o losach Sybiraków pisał też Eugeniusz Pryczkowski w książce „Wspomnienia Kaszubskich Sybiraków” spisanej w języku kaszubskim.

Ilustrujące artykuł zdjęcie pochodzi z Narodowego Archiwum Cyfrowego, wykonano je w 1919 roku.


 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Pisiorek - niezalogowany 2020-09-24 14:27:30

    I taki potomek czerwonych ścier Aleksander Kwaśniewski do dzisiaj jest bohaterem czerwonej zarazy w Polsce !!! Jego ojciec, Izaak Stolzmann , Żyd , po II wojnie światowej jak UBek mordował polskich patriotów na Pomorzu !

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • gość 2020-09-25 12:34:23

    PISdeczko, jesteś chory

    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Historian - niezalogowany 2020-09-27 21:48:10

    Z tego co kojarzę to przysięga/statut gryfa zawierała także walkę z komunistami, a oni wyszli się z nimi przywitać i powiedzieć że są prawicowymi partyzantami.... Chyba nie rozumieli w czym biorą udział. Wysoki poziom naiwności skutkował syberyjską "przygodą". Koniec końców mieli dużo szczęścia.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości