Reklama

"W kartuskim szpitalu panuje toksyczna kultura organizacji"

19/03/2012 11:43
Na naszą skrzynkę pocztową przyszedł kolejny list, którego autor ma wiele zastrzeżeń do pracy Powiatowego Centrum Zdrowia w Kartuzach. Adresowany jest do lekarki, która przyjęła jego żonę, ale bez diagnozy określiła jej stan jako agonalny. Kobieta tymczasem przeżyła i dziś jest w domu. Jej mąż zarzuca kadrze szpitala brak profesjonalizmu i nieetyczne działania.

Oto pełna treść listu:

Szanowna Pani Doktor,

adresuję ten list do Pani, jako do osoby, którą winię bezpośrednio za nieetyczne i nieprofesjonalne postępowanie w przypadku mojej żony. Równocześnie, ponieważ w mojej opinii, takie zachowanie wynika z toksycznej kultury panującej w placówce, w której Pani pracuje, prześlę go również do Dyrekcji szpitala oraz do mediów. Tyle tytułem wstępu. Poniżej postaram się uczciwie przedstawić zaistniałą sytuację i wyjaśnić swoje zarzuty.

14 marca po południu wezwałem do domu pogotowie ratunkowe. Poinformowałem osobę przyjmującą wezwanie, że żona przestała logicznie reagować na próby kontaktu i majaczy. Już na etapie zgłoszenia podałem, że żona jest pacjentką onkologiczną, oraz że bardzo by mi zależało, żeby ją przetransportować do Akademii Medycznej w Gdańsku, która dysponuje pełną historią jej choroby. Osoba przyjmująca zgłoszenie poinformowała mnie, że ona nie ma możliwości realizacji takiej prośby i że mogę się z tym zwrócić do lekarza pogotowia.

Karetka przyjechała dość szybko, w jej składzie znajdowało się dwóch ratowników medycznych oraz lekarz (jak sądzę, ponieważ się nie przedstawił). Po wysłuchaniu mojego opisu objawów i zapoznaniu się z historią choroby żony, lekarz przystąpił do wypytywania mnie, czy zdaję sobie sprawę z powagi choroby żony i czy wiem, na czym polega opieka paliatywna. W tym momencie nie przyszło mi do głowy, że ten pan po prostu kwestionował zasadność wzywania karetki ratunkowej do osoby umierającej (wg niego). W tym czasie ratownicy medyczni profesjonalnie zajmowali się udzielaniem mojej żonie pierwszej pomocy i organizacją jej transportu do karetki. Powinienem jeszcze dodać, że lekarz odmówił transportu do Akademii Medycznej, a na moje pytanie, czy mogę tam zawieźć żonę swoim samochodem odpowiedział, że najprawdopodobniej nie dowiozę jej żywej.

Karetka wyjechała w stronę Kartuz. Bez pośpiechu. Bez sygnału. Jechała spokojnie w dość gęstym ruchu. Ale dojechała. Żona została zabrana do pokoju resuscytacyjnego, a ja wraz z towarzyszącym mi bratem zostałem na zewnątrz, w poczekalni. Po jakimś czasie, nie wiem dokładnie, czy było to 10 czy 20 minut, wyszła Pani do nas, zaprowadziła nas do pustego pokoju i poinformowała, że żona jest w stanie agonalnym. Była Pani pełna zrozumienia dla mojej rozpaczy i współczuła mi Pani, nie omieszkała Pani jednak sprawdzić, czy rozumiem, co to jest opieka paliatywna i zakwestionowała Pani słuszność wezwania karetki ratunkowej. Poinformowała mnie Pani również, że w przypadku mojej żony wyczerpane zostały możliwości leczenia paliatywnego, a podejmowanie dalszych prób ratowania jej, oznaczałoby zadawanie jej tylko niepotrzebnego cierpienia.
Następnie żona została przetransportowana do pustego gabinetu zabiegowego nr 2, gdzie mogłem z nią zostać.


Upływał czas, żona leżała podłączona do kroplówki i monitora. Czasami na chwilę zaglądała któraś z pań pielęgniarek, żeby sprawdzić, czy nie potrzeba nam czegoś. Czasami Pani do nas zaglądała. Zaczęli przyjeżdżać poinformowani przeze mnie członkowie najbliższej rodziny, przyjechała lekarka serdecznie opiekująca się żoną z ramienia Hospicjum Domowego w Kartuzach. Odbyły Panie rozmowę, w wyniku której poprosiła mnie Pani na korytarz i poinformowała, że jeżeli sobie tego życzę, to może Pani zlecić wykonanie badania TK mózgu, ale w Pani opinii takie badanie niczego nie zmieni w kwestii rokowań, czy ew. leczenia i mogłoby tylko służyć funkcji poznawczej, mogłoby wyjaśnić, co się stało.
Równocześnie powiedziała mi Pani, że takie badanie to narażanie żony na dodatkowy stres i ryzyko, że może umrzeć podczas badania. Wobec takiego przedstawienia sprawy zrezygnowałem z dodatkowego badania.


Czas płynął, żona leżała na wygodnym łóżku, okryta ciepłą kołdrą. Kroplówka kapała, monitor popiskiwał, a ja patrzyłem jak wycieka z niej życie. Oddychała ciężko i chrapliwie. Zapytałem Panią, jaka jest tego przyczyna. Odpowiedziała mi Pani, że tak wygląda umieranie. Była Pani cierpliwa i współczująca. Powiedziała mi Pani, że osobiście jest Pani wrogiem eutanazji, ale uważa Pani, że w niektórych wypadkach nie należy sztucznie podtrzymywać życia, kosztem wystawiania człowieka na dodatkowe cierpienie.

Żona leżała na wygodnym łóżku, okryta ciepłą kołdrą, miała otwarte lewe oko i półprzymknięte prawe. Oddychała chrapliwie, ale przecież tak wygląda śmierć, którą Pani oglądała wielokrotnie.

Rodzina wróciła do domu, ja zostałem z żoną. Około północy, żona się wybudziła i zaczęła trochę reagować. Natychmiast była Pani przy niej. Ale niestety, kontakt z żoną był nadal bardzo wątpliwy. Próbowała coś mówić, ale było to niezbyt zrozumiałe, nie rozumiała również tego, co mówiliśmy do niej. Ale reagowała na mój głos i odwracała głowę w moją stronę. Zrozumieliśmy też, że chce pić. Zwilżyliśmy jej usta wodą. Ja miałem ze sobą tylko butelkę coca-coli, więc Pani natychmiast zrobiła herbatę z cytryną i podaliśmy odrobinę żonie.

Później żona budziła się mniej więcej co godzinę. Za każdym razem prosiła o coś do picia, a kontakt z nią stawał się coraz bardziej wyraźny. Nadal mówiła powoli i niepewnie i miała kłopoty z rozumieniem, ale te objawy ustępowały z każdą godziną. W trakcie prób pojenia jej "odkryłem" tajniki łóżka, a konkretnie sposób unoszenia zagłówka. Już mogłem ustawiać żonę w pozycji siedzącej, dzięki czemu piła dosyć swobodnie. Nie opuszczałem też zagłówka zupełnie płasko i oddech żony stał się znacznie spokojniejszy i zniknęło z niego to koszmarne pochrapywanie. Kubek herbaty, którą nas Pani poratowała wystarczył na 2 godziny. Później grzałem coca-colę na grzejniku, starałem się usunąć z niej jak najwięcej gazu i poiłem tym żonę. Wystarczyło do 6 rano. O tej porze żona już rozumiała, gdzie jest i co się stało. Była bardzo słaba, ale odzyskała "kolory" na twarzy, nie miała problemów z artykulacją ani ze zrozumieniem. Pielęgniarka przyniosła nam trochę wody. Inna przyniosła poduszkę i dodatkową kołdrę (w pomieszczeniu było zimno i trochę zmarzłem w nocy). Odmówiliśmy propozycji przeniesienia żony na oddział szpitalny i poprosiliśmy o wypisanie jej do domu.

Pani zorganizowała nam profesjonalny transport medyczny. Wróciliśmy do domu. Rodzina zajęła się żoną. Została nakarmiona i umyta. Zorganizowaliśmy krople do oczy. Przez część nocy, żona leżała z otwartymi oczami, nie mrugając i wyschły jej spojówki. Musieliśmy zakraplać jej oczy przez cały następny dzień.
O godzinie 11 prywatnym transportem medycznym zawiozłem żonę na KOR Akademii Medycznej. Wyszliśmy stamtąd ok. godziny 17, po pełnej diagnostyce neurologicznej, łącznie z badaniem TK mózgu. Diagnoza była jasna - nie istnieje żadne bezpośrednie zagrożenie życia związane z funkcjami mózgu.


W tej chwili żona jest w domu. Nadal jest osłabiona, ale liczymy na to, że po niedzieli będzie mogła kontynuować chemioterapię i dzięki właściwej opiece paliatywnej pozostanie z nami jeszcze na długo.
Przepraszam za ten przydługi i zapewne emocjonalny opis wydarzeń. Chciałem być uczciwy wobec wszystkich. Jeżeli coś pominąłem, to, dlatego że ta noc była dla mnie najczarniejszym koszmarem i pewnie nie wszystko z niej pamiętam.


A teraz wyjaśnienie, dlaczego stawiam Pani zarzuty braku etyki i profesjonalizmu:
- Określiła Pani stan mojej żony, jako agonalny bez przeprowadzenia pełnej diagnostyki.
- Poinformowała mnie Pani, że żona umiera i już nic tego nie zmieni - bez przeprowadzenia pełnej diagnostyki. Naraziła mnie Pani, tym samym na koszmar. - Postawiła mnie Pani wobec wyboru, czy przeprowadzać pewną określoną, nieinwazyjną, procedurę medyczną, równocześnie czyniąc zastrzeżenia, które były dla człowieka w moim stanie nieznośne. Postąpiła Pani nad wyraz nieetycznie. Pani obowiązkiem było przeprowadzenie pełnej diagnostyki. Nie ma Pani prawa przerzucać ciężaru takich decyzji na bliskich osoby rzekomo umierającej. Oczywiście, że musiała Pani zapytać o moją zgodę, ale bez tych wszystkich zastrzeżeń i w innej formie.
- Nie dopilnowała Pani właściwego ułożenia chorej, w celu zapewnienia jej komfortu oddechowego. Niewykluczone, że takie zaniedbanie mogło ją naprawdę zabić.
- Nie dopilnowała Pani właściwej, troskliwej opieki nad chorą w nocy. W konsekwencji powiększyła Pani jej ogólny dyskomfort fizyczny pozwalając na wysuszenie spojówek. Nawet weterynarz wie, że uśpionemu podopiecznemu należy zwilżać oczy.


Ja wiem, że Pani nie dopuściła się tych zaniedbań celowo, ale to niewiele zmienia. Nade wszystko, zarzucam Pani, że dowiedziawszy się o ciężkiej chorobie żony, bez właściwych badań, opierając się tylko na własnym przekonaniu postawiła Pani błędną diagnozę, bardzo się Pani spieszyła z przekazaniem mi jej i do samego końca nie postarała się Pani jej zweryfikować.

Pacjenci cierpiący na rozsianą chorobę nowotworową są narażeni na szczególne ryzyko. Jednak postęp, jaki się dokonuje w medycynie pozwala na coraz skuteczniejszą walkę z chorobą. Ta walka jest, ze strony pacjenta, okupiona większą podatnością na powikłania związane z terapią. Nie oznacza to jednak, że każdy chorujący na nowotwór, przywożony do szpitala w ciężkim stanie jest skazany na śmierć z powodu swojej choroby. Czasami przyczyny takiej lub innej zapaści mogą być zupełnie inne.

Ale Pani najwyraźniej nie chciała o tym pamiętać. Pani doktor, w naszym kręgu kulturowym życie ludzkie jest postrzegane, jako najwyższa wartość. Moja żona ma w sobie wielką chęć życia i walki o nie. Cierpliwie znosi uciążliwości związane z terapią. Myślę, że to Pani powinna wziąć lekcje ze znaczenia terminu "leczenie paliatywne".

Być może powinienem poprzestać na skierowaniu tego listu wyłącznie do Pani, ale może paradoksalnie, uważam że nie tylko Pani jest winna koszmaru, którzy przeżyliśmy. Winien jest Szpital, jako instytucja. Najwyraźniej brak w nim ustanowionych i przestrzeganych procedur zarówno medycznych jak i dotyczących opieki na chorym. Nasz dramat rozpoczął się już na etapie kontaktu z lekarzem pogotowia, który uznał - na podstawie swojego "widzimisię", że mojej żony nie warto już ratować. Bo przecież w innym wypadku, karetce spieszyłoby się do szpitala. Sądzę, że gdyby w karetce nie było lekarza, a tylko ratownicy medyczni, to sytuacja wyglądałaby inaczej. Ci ludzie, wyszkoleni i na pewno oddani swojemu zawodowi, spełniliby swój obowiązek szybko i profesjonalnie, bez poddawania w wątpliwość sensu ratowania życia ludzkiego.

Zdaję sobie sprawę, że podczas interwencji w domu i po przyjeździe do szpitala zastosowano wszystkie procedury ratujące życie. I zapewne dzięki temu moja żona przeżyła. Ale wiem również, że powiedziała Pani, że żona umiera i w związku z tym odstępuje Pani od dalszych działań.

Szpital w Kartuzach jest instytucją o zasięgu powiatowym. W związku z tym, co wydaje się oczywiste, ma mniejsze możliwości diagnostyczne i terapeutyczne niż instytucje wojewódzkie. Dlatego, uważam że w sytuacjach szczególnie skomplikowanych, a pacjenci przechodzący intensywną chemioterapię na pewno do takich przypadków muszą być zaliczani, należałoby "podeprzeć" się możliwościami większych ośrodków.

Szpital w Kartuzach od lat cieszy się bardzo złą opinią. Każdy, kto ma jakikolwiek wpływ na swój los, stara się unikać korzystania z jego pomocy. Ta zła, ugruntowana opinia na pewno nie wynika z dyletanctwa personelu medycznego, czy pomocniczego. Lekarze i pielęgniarki/pielęgniarze są tutaj równie dobrze wykształceni, jak wszędzie indziej. To panująca w szpitalu atmosfera i codzienna praktyka wpływają na takie, a nie inne ich postępowanie. W biznesie nazywa się to kulturą organizacji. W moim przekonaniu, ta kultura jest w szpitalu kartuskim toksyczna.

Łączę wyrazy szacunku
imię i nazwisko do wiadomości redakcji
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    elenka31 - niezalogowany 2012-11-28 17:53:29

    @kartuzy.info: Aż dziwne, bo ja nie mogę narzekać, to chyba zależy na jaką zmiane się trafi. Ja znowu jestem bardzo nie zadowolona ze szpitala wojewódzkiego w Gdańsku a dokładnie z oddziału laryngologicznego, pielegniarki są takie wredne że szok......

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    ines_ka - niezalogowany 2012-03-21 21:34:36

    @violka1: też zauważyłam taką prawidłowosć ;) @tomlee28: prawdziwa wiadomość jest taka, ze wszystkie oddziały zostaną zmaienione na toksykologiczne :)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    violka1 - niezalogowany 2012-03-21 13:02:44

    Ja słyszałam tyle opinii ile ludzi. komuś nie chcieli pomóc w kartuzach pomogli w Kościerzynie. Komuś innemu pomogli w Kartuzach a w Kościerzynie nie chcieli nawet.... . Ja tez mam dobre i gorsze wspomnienia ze szpitala w Kartuzach. Wszystko chyba zależy na kogo się trafi.... . Jednak przegięciem jest zarzucanie wszystkich win świata, naszemu rządowi. Od lat latecznych, niezależnie jaki mamy rząd, zawsze się na niego narzeka. A najbardziej narzekają ci, którzy nie głosowali wcale.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości