Reklama

Gehenna mieszkańców Wrzosu. Prokuratura w Kartuzach za cienka, aby im pomóc

Przekazując organom ścigania informację o niegodnym i nieludzkim traktowaniu podopiecznych przez właścicielkę Wrzosu, liczyliśmy na to, że seniorom zostanie udzielona szybka pomoc, niecny proceder zostanie ukrócony, a odpowiedzialne za niego osoby zostaną ukarane. Tymczasem wygląda na to, że prokuratorzy albo nie mają chęci, albo brakuje im kwalifikacji do zajęcia się sprawą torturowania pensjonariuszy. Po rozmowach z wiceszefową prokuratury w Kartuzach dochodzimy do wniosku, że prokuratura tylko udaje, że prowadzi śledztwo, nie zamierza niczego wyjaśnić i dąży do umorzenia sprawy, a nad seniorami dalej będzie można bezkarnie się znęcać.

Kolejny raz wracamy do sprawy skandalicznego traktowania mieszkańców Domu Seniora Wrzos w Hopowie, ponieważ końca gehenny jego mieszkańców nie widać, a śledztwo w tej sprawie od wielu miesięcy toczy się bez widocznych rezultatów w rytm przerw urlopowych prokuratorów z Kartuz.

Przypominamy, że w połowie grudnia ubiegłego roku o niecnych praktykach poinformowaliśmy policję, która odmówiła wszczęcia śledztwa niczego nie widząc i niczego nie sprawdzając. Interweniowaliśmy u Prokuratora Rejonowego w Kartuzach Marka Kopczyńskiego, który przekazał sprawę do prowadzenia swojemu zastępcy - podobno najlepszemu śledczemu - Remigiuszowi Signerskiemu. Ten wszczął postępowanie w sprawie narażenia pensjonariuszy na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. Po jego odejściu z prokuratury w Kartuzach śledztwo przejęła nowa zastępczyni Prokuratora Rejonowego w Kartuzach - prokurator Anna Grzech.

Minęło kolejnych siedem miesięcy, a prokuratorzy do dzisiaj nie widzą potrzeby, aby z urzędu zrobić coś dla polepszenia losu nieszczęsnych seniorów i chronić ich prawa jako pokrzywdzonych. Prokuratura nie zauważa, że ze względu na wiek, choroby, czy nieporadność mieszkańcy Wrzosu sami nie są w stanie walczyć o swoje prawa i są uzależnieni od właścicielki ośrodka, ponieważ (co ustaliśmy) każdy przejaw ich niezadowolenia lub protestu skutkuje karami izolacji, szykanami polegającymi na niepodaniu leków przeciwbólowych lub faszerowaniem lekami psychotropowymi.

Za skandaliczne uważamy, że prokuratorzy do dzisiaj nie zainteresowali się przyczynami zgonów, do których dochodziło w Domu Seniora Wrzos w Hopowie. A jak wskazywali pracownicy ośrodka, osoby te nie umierały ze starości.

Nasi informatorzy ze łzami w oczach opowiadali nam o tym, że mieszkańcy tego domu ze względu na brak opieki nabywali odleżyn trzeciego i czwartego stopnia. Czyli mieli otwarte rany, które już same w sobie mogą prowadzić do śmierci. Ci sami pacjenci dniami i nocami z rozdartą skórą, ropiejącymi ranami, świerzbem, musieli leżeć w kale i moczu, bo skąpiono im pampersów, a na mycie wodą i mydłem nie było czasu. Jedyną formą leczenia odleżyn były improwizowane "opatrunki" z podpasek - bo innych środków opatrunkowych i leków nie było. Wygląda na to, że wszystkie te osoby już poumierały.

Opiekunki opowiadały nam, że seniorzy dostawali zapalenia płuc w wyniku zalewania ich płuc "życiodajnym płynem" - herbatą, wlewanym w nich na siłę. Po kilku dniach takiego leczenia, zaordynowanego przez właścicielkę Wrzosu, chorzy umierali, a lekarza wzywano tylko do wystawienia aktu zgonu.

Mówiły, o podawaniu silnych leków psychotropowych o bardzo licznych przeciwwskazaniach, które mogą być podawane tylko pod stałym nadzorem lekarza, które w tym Domu Seniora podawano każdemu nieposłusznemu - bez zwracania uwagi na to, że podawano takie psychotropy także osobom cierpiącym na poważne choroby układu krążenia i serca. Bardziej nieposłusznym podawano po dwa silne leki na raz. Mówiły o co najmniej jednym zgonie z powodu niewydolności krążenia u osoby, na której zastosowano taką terapię.

Jeszcze gorzej było z chorymi, którzy musieli być karmieni dojelitowo. Zamiast specjalnych środków odżywczych przepisanych przez lekarza i przygotowywanych w warunkach specjalnych takich, w jakich przygotowuje się leki, serwowano im maślankę, od czasu do czasu okraszoną biszkoptami, albo kompot. Za skandaliczne uznajemy sposób podawania pożywienia, gdy zamiast powolnego grawitacyjnego wlewu przez sondę, wstrzykiwano mieszaninę do żołądka na siłę za pomocą strzykawki. O jakimkolwiek zachowaniu warunków higienicznych nie było mowy. Prowadzało to do powstawania ropiejących, śmierdzących zgnilizną ran na ciele. Osoby te już nie opowiedzą ile wycierpiały, bo ich organizmy nie wytrzymywały takiego sposobu karmienia i takiej diety.

Mamy informację, od jednej z opiekunek, że tylko w okresie jednego roku w ośrodku zmarło siedem osób - według niej żadna nie zmarła ze starości! A wiemy, że właścicielka ośrodka zajmuje się "opieką" nad seniorami od 2003 roku. Sprawdzenie takich informacji nie powinno sprawić prokuraturze najmniejszych problemów, ale najwidoczniej ci ludzie, w ocenie prokuratury, nie zasłużyli na to, aby zainteresować się okolicznościami ich śmierci. Zadziwiającym jest, że gdyby znaleziono ich martwych na ulicy, w parku, czy lesie, to mogliby liczyć chociażby na przyzwoite śledztwo i sekcję zwłok. Tymczasem ludzi, którzy znaleźli się i zmarli we Wrzosie, traktuje się tak, jakby po przekroczeniu progu tego ośrodka w ogóle nie istnieli. Można odnieść wrażenie, że ich śmierć stała się rozwiązaniem problemów i to zarówno właścicielki placówki, jak i prokuratury. Bo skoro nie żyją, to nie ma już zagrożenia zdrowia i życia.

Pytania o to, czy prokuratura próbuje ustalić kto zmarł w ośrodku i z jakiej przyczyny, i czy miało to związek ze sposobem sprawowania opieki, prokurator Anna Grzech skwitowała stwierdzeniem, że przecież nie będą wszystkich ekshumować.

Usiłując uzyskać informacje o przebiegu śledztwa odnieśliśmy wrażenie, że nie tylko martwi nie interesują prokuratury. Losem jeszcze żywych też się nikt nie interesuje.

Do dzisiaj przesłuchano zaledwie kilkanaście osób - pracowników i członków rodzin podopiecznych. Wskazani przez nas świadkowie po wyjściu z przesłuchań byli wstrząśnięci zachowaniem śledczych, którzy słuchając ich relacji łapali się za głowę, ale w pytaniach i zapisach w protokole nie widać było chęci do szczegółowego zapisania ich zeznań. W ich odczuciu przesłuchania były przeprowadzane według jakiegoś dziwnego schematu, jakby pytania były odczytane z kartki i odhaczone, bez jakiejkolwiek refleksji i dopytywania się o szczegóły. Kazano im się streszczać - poganiano - bo kolejne osoby czekały w kolejce na przesłuchanie.

Nie wiemy jak prokuratura chce ocenić wiarygodność świadków i podawanych przez nich faktów, skoro z udzielonych nam informacji wynika, że nie zabezpieczyła żadnej dokumentacji związanej z prowadzoną przez właścicielkę Wrzosu działalnością gospodarczą. Jak bez tego zamierza ustalić czym seniorzy byli żywieni, leczeni, myci, opatrywani, jakie leki były im podawane i w jakich ilościach? Albo czym karmiono pacjentów wymagających specjalnych diet? Jak zamierza ustalić czy środki higieniczne i opatrunkowe były stosowane w odpowiedniej ilości?

Jak zamierza ustalić kto sprawował opiekę nad seniorami, skoro nie zabezpieczono ani dokumentacji pracowniczej ani nawet nie ustalono ile osób przebywało na dyżurach i jakie miały kwalifikacje? Jak bez tego ustalić czy łamano prawa pracownicze zatrudniając ludzi "na czarno", każąc pracować im przez 12 godzin bez żadnej przerwy? Do tego bez wymaganych szkoleń oraz badań i dokumentów koniecznych do pracy z żywnością?

Nic dziwnego, że prokuratorzy do tej pory nie ustalili ile osób i kiedy przebywało lub obecnie przebywa w Wrzosie skoro nie zabezpieczono umów o świadczenie usług opiekuńczych zawartych z pensjonariuszami. Nie wspominamy o tym, że nie wysłuchano nawet tych osób, które do dzisiaj przeżyły.

Prokuratura poinformowała nas, że powołała biegłego lekarza, który przebadał 21 znajdujących się w placówce mieszkańców, choć kontrolerzy wojewody ustalili, że w ośrodku zamieszkują co najmniej 24 osoby, a opiekunki mówiły o 28. Dlaczego lekarz nie zbadał pozostałych? Czy nadliczbowi seniorzy już poumierali?

Prokurator Anna Grzech poinformowała nas, że opiera się na opinii lekarza biegłego w zakresie chorób wewnętrznych, który orzekł, że "pacjenci są przywiązani do miejsca, w którym przebywają i do personelu". Nie podała, czy o "przywiązaniu" biegły mówi dosłownie czy w przenośni. Nazwiska biegłego nie chciała nam podać. Dziwi nas to, że pani prokurator swoją opinię o przywiązaniu pacjentów buduje na bazie wrażeń lekarza chorób wewnętrznych, a nie na podstawie zeznań personelu lub badań przeprowadzonych przez specjalistę z zakresu psychologii.

Nie rozumiemy dlaczego nie bierze pod uwagę tego, że mieszkańcy domu, którzy według naszych informatorów są tak sterroryzowani i zastraszeni do tego stopnia, że w obawie przed karami - wielogodzinną izolacją, niepodaniem leków lub wciskaną na siłę do gardła tabletką "na uspokojenie" - nie potwierdzą tego jak im jest źle, i mogą ukrywać to nawet przed rodziną.

Z udzielonej nam informacji wynika, że śledczy nie wiedzą jakie podmioty medyczne i którzy lekarze świadczyli usługi na rzecz pacjentów (przecież są ubezpieczeni). Prokurator mówi o zabezpieczeniu dokumentacji medycznej we Wrzosie, ale nie wspomina o zabezpieczeniu dokumentacji w podmiotach świadczących opiekę medyczną.

Śledczy kompletnie nie zainteresowali się tym, że wypisywanie recept na antybiotyki, silne leki przeciwbólowe i leki psychotropowe odbywało się przez telefon bez oglądania pacjentów. Nie zainteresowali się kiedy, komu i z jakiego powodu wystawiono recepty i czy mieszkańcy przed zapisaniem leków byli badani. Nie zainteresowało ich nawet to, którym pacjentom podawano "ciężkie" psychotropy, których nazwy wymieniały opiekunki, i czy odbywało się to pod nadzorem lekarza oraz kto je podawał seniorom.

Jak można w miarę obiektywny sposób dokonać oceny poziomu usług opiekuńczych, medycznych, stanu sanitarnego i higieny skoro nie pyta się o to świadków i nie zabezpiecza się dokumentów?

Nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni ani być geniuszem śledczym, by wiedzieć, że karmienie byle czym, podcieranie chusteczkami zamiast regularnej kąpieli, zmuszanie do wielogodzinnego leżenia we własnych fekaliach, pojenie na siłę litrami herbaty, czy faszerowanie lekami według własnych upodobań, a nie zaleceń lekarzy, może stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia nawet całkiem zdrowych ludzi. Nie mówiąc już o starszych osobach, cierpiących na różne schorzenia, których system odpornościowy jest słabszy niż u młodych prokuratorów.

Uważamy, że materiały, które redakcja udostępniła prokuraturze, wystarczyłyby co najmniej do postawienia zarzutów z art. 207 kk, a więc znęcania się fizycznego bądź psychicznego nad nieporadną ze względu na stan fizyczny lub psychiczny osobą pozostającą pod jej opieką.

A potwierdzenie praktyk takich jak nie wzywanie lekarzy do chorych, bicie pensjonariuszy, "leczenia" odleżyn podpaskami, świerzbu rozcieńczonym octem, czy karmienia dojelitowego maślanką, nie mówiąc o stosowaniu różnych leków przepisywanych na receptę - antybiotyków, psychotropów lub silnych środków przeciwbólowych - według widzimisię właścicielki ośrodka, w ocenie nawet przeciętnego prawnika kwalifikuje takie praktyki z art. 160 kk, chyba że prokuratura w Kartuzach ma inny niż normalny obywatel naszego kraju kodeks karny i moralny.

Nasze wnioski i opinie dotyczące siedmiomiesięcznego śledztwa nie są efektem naszej wyobraźni, lecz jedynie logiczną analizą przesłanego nam przez panią prokurator stanowiska prokuratury i braku odpowiedzi na zadane jej pytania oraz konfrontowanie ich z innymi urzędowymi ocenami dokonanymi przez organy państwa.

Nawet kontrolerzy z urzędu wojewódzkiego, którzy nie dysponują takimi możliwościami jak prokuratura, mimo działań właścicielki utrudniających na wszelkie sposoby ustalenie prawdy, stwierdzili łamanie wszystkich podstawowych praw pensjonariuszy i wskazali winnego. Tymczasem śledczy z Kartuz po ponad siedmiu miesiącach śledztwa nadal nie zauważają lub nie chcą zauważyć, że dla bezbronnych, schorowanych podopiecznych ośrodka, każdy dzień spędzony w placówce jest ich samotną walką o przetrwanie. Zamiast okazać odrobinę empatii i chęci wyjaśnienia sprawy żalą się, jak prokurator Signerski, że muszą wysłuchiwać płaczącej w słuchawkę właścicielki Wrzosu, która czuje się w całej sprawie pokrzywdzoną.

Obserwując dokonania prokuratury na polu pomocy seniorom odnosimy wrażenie, że prokuratura albo wykazuje zrozumienie i aprobatę dla sukcesu gospodarczego właścicielki Wrzosu, albo jest "za cienka", aby wyjaśnić tą, wcale nie aż tak skomplikowaną, choć wymagającą zaangażowania, sprawę i udzielić im realnej pomocy.

Idąc tokiem rozumowania śledczych, wywnioskowanego z udzielonego nam stanowiska, bo odpowiedzi na większość zadanych przez nas pytań nie uzyskaliśmy, możemy spodziewać się, że ostatecznie sprawa trafi na stos innych opieczętowanych stemplem "umorzone", a seniorzy dalej będą mogli być bezkarnie torturowani.

Pensjonariusze Wrzosu i tak nie będą w stanie zaskarżyć decyzji prokuratury, jaka by ona nie była, z powodów zdrowotnych czy też z powodu otępienia spowodowanego lekami.

Postępowanie osób działających w imieniu organów Państwa Polskiego jest dla nas kompletnie niezrozumiałe, bo bezczynność wobec takiego traktowania osób starszych nie mieści się ani w standardach moralnych ani cywilizacyjnych Europy, nie mówiąc o standardach określonych w ustawach.

Naiwnością byłoby sądzić, że właścicielka Domu Seniora Wrzos w Hopowie - Pani Janeczka - nagle przestanie wyzyskiwać ludzi i czerpać zyski z ich nieszczęścia. Jaki ma interes w tym, aby cokolwiek zmieniać, skoro bez zmrużenia oka płaci wszystkie mandaty, które są na nią nakładane i dalej robi to samo, traktując śmierć ludzi tylko jako chwilową utratę źródła dochodów?

Źle się dzieje w kraju, w którym osoby działające jak właścicielka Wrzosu, w "starciu" z prokuraturą, policją, wojewodą i posłami na Sejm, są niezwyciężone jak Armia Czerwona. Nam jest bardzo smutno i przykro z tego powodu, ale wątpimy aby jakikolwiek prokurator z Kartuz mógł ten wynik zmienić.

Poprosiliśmy Prokuratora Okręgowego w Gdańsku o ocenę działalności śledczych z Kartuz. Stwierdził, że radzą sobie doskonale.

Prokurator Anna Grzech obecnie przebywa na urlopie. Mamy nadzieję, że w przeciwieństwie do pensjonariuszy Wrzosu, nie musi całymi dniami leżeć odurzona lekami psychotropowymi we własnych odchodach i może codziennie liczyć na kilka zdrowych posiłków i kąpiel.

Bartosz Kitowski
Anna Lehmann
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    _kibic - niezalogowany 2016-08-28 21:42:22

    Ten tekst, to jest akt oskarzenia przeciwko prokuratorom z Kartuz. Ciekawe jak sie beda tlumaczyc? Glupota czy brak umiejetnosci-wyobrazni?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    yogizkartuz - niezalogowany 2016-08-28 14:40:30

    Jak przyglądam się sprawie WRZOSU, to uważam, że szkolenie prokuratorów powinno obejmować potężny łomot, ze dwa dni noszenia g wna w majtkach, kradzież portfela z wypłatą i jeszcze parę innych atrakcji. Może zrozumieliby jak się czuje pokrzywdzony. W sprawie Wrzosu albo sprawę prowadzą tumany albo niech sobie każdy dopowie co mu pasuje. Bo nie wygląda to na normalne śledztwo. 7 miesięcy a ludzkiej gehenny a aparat prokuratorski urlopuje bo tak się przemęczył kontaktami z właścicielka WRZOSA, a może nie mogą ustalić jej dochodów żeby zacząć przesłuchanie ?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości