Reklama

Z Syberii przez Japonię do Kartuz. Niezwykła historia braci Danilewiczów

27/09/2026 13:40

Wojna, głód, tułaczka, rozłąka z rodzicami i długa podróż przez Daleki Wschód – tak wyglądało dzieciństwo Wacława i Witolda Danilewiczów. Jako mali chłopcy zostali ewakuowani wraz z innymi polskimi Dziećmi Syberyjskimi z ogarniętej wojną domową Rosji. Trafili do Japonii, później do Polski i Wejherowa, gdzie odzyskiwali zdrowie i zdobywali wykształcenie. Po latach obaj związali swoje życie z Kartuzami, służąc lokalnej społeczności – Wacław jako lekarz weterynarii, a Witold jako lekarz. Ich niezwykłe losy, zachowane we wspomnieniach rodziny, są dziś świadectwem nie tylko dramatycznej historii XX wieku, ale także tego, jak pomoc okazana dzieciom może wpłynąć na całe ich późniejsze życie.

Dzieci Syberyjskie – dramatyczne losy polskich dzieci

Historia Dzieci Syberyjskich jest jedną z najbardziej niezwykłych kart w dziejach Polaków na Dalekim Wschodzie. Była to historia dzieci, które w wyniku I wojny światowej, rewolucji rosyjskiej i wojny domowej znalazły się z dala od swoich rodzinnych stron, często w warunkach głodu, chorób i skrajnego zagrożenia życia. Wśród nich znalazł się Wacław Danilewicz – późniejszy lekarz weterynarii, który przez wiele lat pracował i mieszkał w Kartuzach. W ratowanie polskich dzieci zaangażował się Polski Komitet Ratunkowy Dzieci Dalekiego Wschodu, działający we Władywostoku. Szczególną rolę odegrali nauczycielka Anna Bielkiewicz oraz lekarz Józef Jakóbkiewicz. Komitet zwrócił się o pomoc do Japonii.

Japonia otworzyła drzwi dla polskich dzieci

Japonia, mimo że sama nie była stroną polskiego konfliktu, zdecydowała się pomóc. Dzięki współpracy Polskiego Komitetu Ratunkowego z Japońskim Czerwonym Krzyżem oraz pomocy władz japońskich dzieci mogły zostać wywiezione z ogarniętej wojną Syberii. W latach 1919–1922 przez Japonię ewakuowano setki polskich dzieci – źródła podają ponad 800, a niektóre opracowania mówią o liczbie zbliżonej do tysiąca. Dla tych dzieci Japonia była pierwszym bezpiecznym miejscem po latach strachu i głodu. Trafiały tam wycieńczone i wymagające pomocy. Zapewniono im jedzenie, ubrania, opiekę lekarską i możliwość odpoczynku. Pobyt w Japonii trwał – zależnie od sytuacji konkretnej grupy – od kilku do kilkunastu miesięcy. Japończycy potraktowali dzieci z ogromną życzliwością. Ich historia zainteresowała również rodzinę cesarską. Dzieci zostały przyjęte przez cesarzową Sadako i otrzymały podarunki. Dla wielu z nich był to pierwszy spokojny okres po doświadczeniach wojny i głodu.

Reklama

Z Dalekiego Wschodu do Polski

Japonia nie była jednak końcowym celem podróży. Celem było sprowadzenie dzieci do ojczyzny ich przodków – Polski, która w 1918 roku odzyskała niepodległość. Droga powrotna nie zawsze wyglądała tak samo. Część dzieci z Japonii popłynęła do Stanów Zjednoczonych, gdzie opiekowała się nimi Polonia amerykańska. Inne transporty kierowano przez Wielką Brytanię. Jeden z późniejszych transportów dotarł do Polski drogą lądową przez Irkuck i Moskwę. Dla dzieci była to niezwykła podróż. Często przyjeżdżały do kraju, którego właściwie nie znały. Mówiły po rosyjsku lub w różnych mieszankach językowych, niektóre nie znały dobrze języka polskiego. Polska miała stać się dla nich domem, ale najpierw musiały nauczyć się życia w nowej rzeczywistości. Jednym z najważniejszych miejsc w historii Dzieci Syberyjskich stało się Wejherowo. Wczesną wiosną 1923 roku około 300 dzieci syberyjskich trafiło do Wejherowa. Z Gdańska zostały przewiezione do budynków, w których zorganizowano dla nich specjalny zakład wychowawczy. Obiekty te znajdują się dziś w obrębie Powiatowego Zespołu Kształcenia Specjalnego w Wejherowie. Placówka nie była zwykłym sierocińcem. Chodziło o stworzenie dzieciom warunków do rozpoczęcia normalnego życia. Zorganizowano internat, szkołę, przedszkole, sale nauki, bibliotekę, świetlicę, stołówkę, gabinet lekarski i mały szpital. Nad całością opieki czuwał doktor Józef Jakóbkiewicz. Dzieci były często bardzo słabe. Lata głodu pozostawiły ślad w ich psychice. Zachowały się wspomnienia, że niektóre z nich podczas posiłków chowały jedzenie i zakopywały je w ziemi, tworząc zapasy na wypadek kolejnego głodu. Był to odruch dzieci, które nauczyły się, że jedzenia może nagle zabraknąć. Wejherowo miało więc być nie tylko miejscem zamieszkania, ale przede wszystkim miejscem powrotu do normalności. Dzieci chodziły do miejscowych szkół. Starsza młodzież uczyła się w gimnazjach, seminariach nauczycielskich, szkołach handlowych i rolniczych, a także zdobywała zawody rzemieślnicze. Około stu wychowanków opuściło później zakład, gdy odnaleźli krewnych w Polsce albo zdobyli zawód pozwalający im rozpocząć samodzielne życie. Tak było w przypadku Wacława Danilewicza.

Wacław Danilewicz – dzieciństwo naznaczone wojną

Jego historię znamy nie tylko z dokumentów, ale również z rodzinnych wspomnień. Szczególnie cenne są relacje jego córki Ewy Wojtkielewicz, która w rozmowie z Barbarą Kąkol opowiedziała o losach ojca, jego rodzeństwa, rodziców oraz o traumach, które towarzyszyły mu przez całe życie.

Reklama

Wacław Danilewicz urodził się w 1910 r. na Łotwie w Dziergieliszkach. Jego rodzice mieszkali w okolicach Krasławia. Ojciec Wacława dzierżawił majątek należący do hrabiego Platera. Rodzina żyła w dobrych warunkach. Gospodarstwo było ogromne i otaczał je piękny park.

W rodzinie było dziewięcioro dzieci – pięć sióstr i trzech braci, a Wacław był jednym z nich. Spokojne życie rodziny przerwał wybuch I wojny światowej. Ojciec Wacława obawiał się, że front niemiecki dotrze w okolice ich miejsca zamieszkania. Rodzina zdecydowała się więc na ucieczkę w głąb Rosji. Jak wspominała w rozmowie ze mną Ewa Wojtkielewicz, podróż trwała ponad rok. Rodzina przemieszczała się przez różne miasta, aż ostatecznie dotarła do Władywostoku. Nikt nie mógł wówczas przewidzieć, że ucieczka przed frontem doprowadzi rodzinę do jeszcze większej tragedii. Władywostok stał się miejscem, w którym rodzina Danilewiczów zetknęła się z dramatem wojny domowej i głodu. Po rewolucji bolszewickiej sytuacja była katastrofalna. Brakowało żywności, leków i podstawowej opieki. Najbardziej cierpiały dzieci. Ewa Wojtkielewicz wspominała, że polskie dzieci umierały z głodu i chorób. Znajdowano je pod drzewami, zawinięte w chusty. Wśród chorób szczególnie groźny był tyfus plamisty. Wówczas do akcji wkroczyli doktor Józef Jakóbkiewicz oraz Anna Bielkiewicz. Zaczęli docierać do przytułków i sierocińców, zbierać polskie dzieci i szukać sposobu na wydostanie ich z ogarniętej chaosem Rosji. Ich działalność miała uratować życie setkom dzieci. Plan ratunkowy nie był prosty. Potrzebne było państwo, które zgodzi się przyjąć dzieci i zapewnić im bezpieczeństwo. Według relacji Ewy Wojtkielewicz niektóre państwa europejskie, między innymi Włochy i Szwajcaria, nie zgodziły się przyjąć dzieci. Pomoc zaoferowały natomiast Japonia oraz Stany Zjednoczone, a szczególnie środowiska polonijne w USA. Anna Bielkiewicz udała się do Japonii, aby prosić o przyjęcie polskich dzieci. Rodzina Danilewiczów zapamiętała jej ogromną determinację. Według rodzinnej relacji miała nawet błagać Japończyków na kolanach, aby zgodzili się pomóc. Dla dzieci była to kwestia życia i śmierci. Zebrano grupy polskich dzieci, które miały zostać ewakuowane z Rosji. Wśród nich znalazł się Wacław Danilewicz wraz z rodzeństwem. Była to decyzja dramatyczna. Rodzice mieli jednak nadzieję, że dzieci zostaną uratowane, a później wszyscy spotkają się w Polsce. We Wspomnieniach z powrotu do Polski z Dalekiego Wschodu i moje dalsze losy życiowe pisał:

Reklama

„1 sierpnia 1922 rodzice moi zdecydowali się oddać na wyjazd do Polski czwórkę swoich dzieci tj. trzech synów w wieku 10 ,12, 14 lat i 15 letnią córkę, oraz 3 letnią wnuczkę. Żegnali nas ze łzami, życząc nam szczęśliwego powrotu na łono Ojczyzny. Wówczas nie przypuszczali, że już nigdy nie zobaczą swoich dzieci.

Ojciec mój został w roku 1934 rozstrzelany przez bolszewików, a matka zmarła w swoich rodzinnych stronach na Łotwie w roku 1947”.

„Atsuta Maru” – podróż ku bezpieczeństwu

Wacław przez całe życie pamiętał moment wejścia dzieci na statek. Statek nazywał się „Atsuta Maru”. Dzieci wchodziły na pokład, a ich matki płakały. Rodzice mówili dzieciom, że być może sami jako pierwsi dotrą do Polski i będą tam na nie czekać. Dzieci nie wiedziały, co wydarzy się później. Wiedziały tylko, że opuszczają rodziców. Dla Wacława wspomnienie tego pożegnania pozostało jednym z najbardziej przejmujących obrazów całego życia. Statek dotarł do Japonii, do Zatoki Suruga. Dzieci zostały przyjęte niezwykle serdecznie. Po doświadczeniach głodu i wojny znalazły się nagle w świecie, w którym otrzymały jedzenie, ubrania, zabawki i opiekę lekarską. Po raz pierwszy też zobaczyły owoce takie jak pomarańcze i banany. Część chorych trafiła do szpitali. Niektóre dzieci chorowały na tyfus i wymagały leczenia. Japończycy organizowali dla nich spotkania, wycieczki i różnego rodzaju atrakcje. Japońska młodzież przynosiła prezenty. Wacław miał wówczas około dwunastu–trzynastu lat. Szczególnie zapamiętał, że starsze dzieci mogły jeździć na słoniach. Spały na matach. Nie wszystkie przyzwyczaiły się do japońskiego jedzenia, ale najważniejsze było poczucie bezpieczeństwa.

Reklama

Po raz pierwszy od dawna nie musiały bać się głodu. Wacław Danilewicz przez całe życie wspominał Japonię z ogromną wdzięcznością. Określał ją nawet jako swoją drugą ojczyznę. Po pobycie w Japonii dzieci ruszyły w dalszą drogę. Popłynęły statkiem do Wielkiej Brytanii, a następnie do Gdańska. Droga była daleka, a podróż bardzo długa. Był to statek pasażersko-towarowy, który poza dziećmi w ilości 300 osób przewoził też rozmaite towary i zgodnie z przeznaczeniem zawijał do różnych portów . Wacław dobrze wspominał również załogę statku. Marynarze wiedzieli, że mają pod opieką dzieci, które często nie miały już rodziców. Organizowano dla nich różne zajęcia i zawody. Na statku znajdował się nawet basen, w którym dzieci mogły się kąpać. Po latach wspominał nie tylko strach i cierpienie, ale również ludzi, którzy okazali dzieciom zwykłą ludzką dobroć.

Wejherowo – miejsce powrotu do normalności

Po przybyciu do Polski dzieci nie od razu znalazły spokojny dom. W 1922 roku Wacław i jego rodzeństwo trafili do Warszawy. Umieszczono ich w budynku na Powązkach. Warunki były bardzo trudne. Dzieci spały niemal na betonowej, wilgotnej podłodze. Była to bolesna konfrontacja z rzeczywistością odrodzonej Polski. Kraj był wyniszczony wojną i sam zmagał się z ogromnymi problemami. O sytuacji dzieci dowiedział się doktor Józef Jakóbkiewicz. Postanowił zabrać je z Warszawy i znaleźć dla nich odpowiedniejsze miejsce. Tym miejscem stało się Wejherowo.

Reklama

W Wejherowie zorganizowano ośrodek dla około trzystu dzieci syberyjskich. Wykorzystano budynki dawnego szpitala psychiatrycznego wybudowanego przez Niemców.

Danilewicz pisał:

„Nasze budynki były pięknie położone w parku z zapleczem gospodarczym i ogrodem, a samo miasto Wejherowo położone nad rzeką Redą, było w okresie międzywojennym bardzo ładne, spokojne i czyste i robiło miłe wrażenie. Przełożoną Zakładu była pani Maria Buglewska, która przyjechała razem z nami z Błagowieszczeńska, gdzie była nauczycielką języka polskiego. Była osobą bardzo energiczną i oddaną wychowaniu młodzieży, budząc swoją osobą respekt i zaufanie. Kiedy mieszkała na Syberii żyła w bardzo trudnych warunkach materialnych, gdy straciła rodziców”.

Reklama

Dla Wacława rozpoczął się zupełnie nowy etap życia. Wreszcie on jak i inne ewakuowane osoby otrzymały normalne warunki do nauki i życia. Odbywały się lekcje, zajęcia i wycieczki. Obok znajdował się park, w którym latem prowadzono nawet lekcje. Doktor Józef Jakóbkiewicz stał się dla dzieci kimś znacznie więcej niż lekarzem i organizatorem ich pobytu. Ewa Wojtkielewicz wspominała, że był dla jej ojca i innych dzieci jak ojciec. Miał zaledwie około 36 lat, ale traktował podopiecznych jak własne dzieci. Organizował wycieczki, między innymi statkiem na Hel, i przede wszystkim uczył dzieci samodzielności. Starsze dzieci opiekowały się młodszymi, sprzątały, myły podłogi i wykonywały codzienne obowiązki. Nie chodziło jedynie o dyscyplinę. Chodziło o przygotowanie dzieci do przyszłego, samodzielnego życia.

Dzieci przebywały w Wejherowie około pięciu lat. Znalazły tam nie tylko szkołę i opiekę, ale również życzliwość mieszkańców miasta. Kiedy mieszkańcy dowiedzieli się, jaki los spotkał dzieci, przynosili im jedzenie i zabawki. Dzieci odwdzięczały się tym, co potrafiły – organizowały przedstawienia dla mieszkańców i śpiewały. W pamięci Wacława szczególne miejsce zajęły japońskie piosenki, których nauczył się podczas pobytu w Japonii. Do końca życia pamiętał piosenkę rozpoczynającą się od słów „Moshi moshi kame yo” – japońską piosenkę o żółwiu. Nauczył jej później swoją wnuczkę. Pamiętał również hymn Japonii.

Reklama

Takie szczegóły pokazują, jak głęboko pobyt w Japonii zapisał się w jego pamięci. Największą tragedią rodziny Danilewiczów nie był jednak sam wyjazd dzieci.

Rozłąka z rodzicami – rana na całe życie

Była nią późniejsza, wieloletnia rozłąka. Ojciec Wacława został zamordowany na terenie Rosji, między innymi dlatego, że był Polakiem. Matka wraz z córkami wróciła na tereny Łotwy. Wierzyła, że rodzina w końcu będzie mogła się połączyć. Tak się jednak nie stało. Matka posiadała łotewski paszport i nie otrzymała pozwolenia na wyjazd do Polski. Dorosłe już dzieci mieszkające w Polsce również nie mogły swobodnie pojechać do niej. Dopiero około 1957 roku mogły odwiedzić jej grób. Zachowały się dwa listy matki Wacława. Pisała w nich o cierpieniu, samotności i obawie, że nie zobaczy już swoich dzieci. Ewa Wojtkielewicz wspominała, że profesor Wiesław Theiss, który prowadził rozmowy z jej ojcem i znał jego historię, powiedział jej kiedyś, że podczas lektury tych listów wzruszył się do łez.

Reklama

Były to listy matki, która przeczuwała nadchodzącą śmierć i wiedziała, że może już nigdy nie zobaczyć swoich dzieci. Historia Dzieci Syberyjskich przez wiele lat pozostawała niemal nieobecna w publicznej pamięci. Ewa Wojtkielewicz podkreślała, że w czasach PRL-u o tej historii nie można było swobodnie mówić. Dla wielu ludzi była to również osobista trauma. Nie wszystkie dzieci chciały wspominać swoją przeszłość. Brat Wacława, który został lekarzem pediatrą i również mieszkał w Kartuzach, nie opowiadał o tych wydarzeniach tak często. Inny brat, który mieszkał we Wrocławiu i był geodetą, niemal całkowicie zamknął się w sobie. Były to dzieci, które przeżyły głód, wojnę, rozłąkę z rodzicami, tułaczkę i niepewność. Ich milczenie również było częścią tej historii. Po około pięciu latach dzieci musiały opuścić wejherowski ośrodek, ponieważ budynki miały zostać przeznaczone na potrzeby wojskowe.

Powrót do nauki i droga do zawodu

Ze wspomnień Danilewicza wiemy, że po likwidacji Zakładu Dzieci Syberyjskich w Wejherowie w roku 1928 przeniesiono dzieci do nowo wybudowanej bursy przy ul. Niskiej w Warszawie, zlokalizowanej w pobliżu Powązek. Nauka i warunki bytowe były już tam odmienne. W pobliżu bursy przy ul. Smoczej znajdowała się garbarnia, z której wydobywały się okropne wyziewy. Sama ulica była brzydka, domy drewniane zamieszkiwane przez biedotę żydowską. Pełno znajdowało się na niej sklepików żydowskich z Córami Koryntu, które chłopców zaczepiały, czym budziły uczucie wstrętu i pogardy. Po likwidacji tej bursy umieszczono chłopców w gimnazjum typu neoklasycznego im. Rejtana, przy ul. Książęcej 3, jedynego w całej Warszawie. Do szkoły było bardzo daleko i trzeba było maszerować około 1 godziny, bo niestety na tramwaj nikt nie miał pieniędzy.

Reklama

Wacław i jego rodzeństwo będąc w Warszawie, nie zapomnieli Wejherowa. Wacław uważał, że szkoła w Wejherowie miała bardzo wysoki poziom. Napisał więc list do dawnego dyrektora. Ponieważ udzielał młodszym dzieciom korepetycji i był dobrze znany nauczycielom, otrzymał możliwość powrotu do Wejherowa razem z braćmi. Zapewniono im miejsce w internacie. Bracia zdali maturę w Wejherowie. W 1930 roku Wacław, brat Witold o rok później to jest w 1931 roku. Po zdaniu matury Danilewicz rozpoczął studia na Wydziale Weterynarii Uniwersytetu Warszawskiego, które z przerwą ukończył w 1937 roku. Został lekarzem weterynarii. W latach 1937-1938 odbył służbę wojskową w Podchorążówce Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. Po ukończeniu tej szkoły otrzymał przydział do 15 pułku ułanów w Poznaniu. Do końca pełnienia służby wojskowej prowadził ambulans i po odbyciu manewrów wrócił do cywila.

Początkowo pracował w województwie poznańskim przy zwalczaniu chorób zaraźliwych, a w roku 1938 objął posadę rejonowego lekarza weterynarii w Żarkach k. Częstochowy, pracując na tym stanowisku aż do wybuchu wojny. W dniu 24.08.1939 otrzymał kartkę mobilizacyjną do V Pułku Ułanów w Ostrołęce. Brał udział w ewakuacji szpitala do Białegostoku, a następnie do Wołkowyska i pobliskich okolic. Po wkroczeniu wojsk niemieckich, a następnie w dniu 17 września 1939 r. wojsk sowieckich do Polski, nastąpiło rozwiązanie jego jednostki. Pieszo wrócił do Wołkowyska i po kilku dniach dojechał pociągiem do Białegostoku, a stamtąd znowu pieszo do Warszawy. Podczas II wojny światowej los ponownie zmusił go do zmiany miejsca zamieszkania. Znalazł się w Poznaniu, a później w okolicach Częstochowy, w Żarkach. Tam prowadził prywatną lecznicę dla zwierząt. Po wojnie jego życie miało jednak związać się z Kartuzami. Ewa Wojtkielewicz opowiadała, że wybór Kartuz nie był przypadkowy. Jeszcze jako młody człowiek poznał okolice Kaszub. Wspomnienia z czasów Wejherowa sprawiły, że zapamiętał tutejsze lasy i jeziora. Doktor Jakóbkiewicz nauczył dzieci wytrzymałości i samodzielności. W pewnym momencie Wacław wraz z innymi dziećmi przeszedł pieszo z Wejherowa do Kartuz. Ta podróż zapadła mu w pamięć. Po latach wrócił w te strony. Zakochał się w Kartuzach i właśnie tutaj postanowił zamieszkać. Ściągnął również do Kartuz swojego brata Witolda. Wacław Danilewicz rozpoczął w Kartuzach pracę jako lekarz weterynarii i stworzył lecznicę dla zwierząt. Później, dzięki Nadleśnictwu w Kartuzach, powstała lecznica przy ulicy Słonecznej. Rodzina Danilewiczów mieszkała w budynku lecznicy.

Reklama

Wacław Danilewicz – lekarz weterynarii z Kartuz

Wspominał:

„W sierpniu 1946 r. przeniosłem się na Wybrzeże, a konkretnie do Kartuz. Do tych stron pociągałem mnie wspomnienia z młodzieńczych lat i malowniczy krajobraz Ziemi Kaszubskiej.

Początkowo pracowałem jako lekarz weterynarii Urzędu Ziemskiego w Kartuzach, organizując lecznictwo uspołecznione od podstaw, co znaczy, że zorganizowałem lecznicę z obiektu po Browarze Piwa. Ponieważ brakowało instrumentów weterynaryjnych i narzędzi, podarowałem lecznicy własne. Leki otrzymaliśmy z UNNRY.

Kiedy lecznica była już gotowa, dyrektor miejscowego Liceum, jako konserwatysta wystąpił z protestem tej lokalizacji twierdząc, że będzie siać zgorszenie u młodzieży. Spór trwał bardzo długo, wreszcie zwyciężył jednak rozsądek.

Gdy w 1960 roku objąłem funkcję powiatowego lekarza weter., przystąpiłem do dalszej rozbudowy lecznicy i w ten sposób powstał kompleks budynków tworzących Powiatową Lecznicę, wraz z mieszkaniami, a budowę ukończono w 1964 r. Powstały też Lecznice w Żukowie, Sierakowicach i Klukowej Hucie”.

Witold Danilewicz – lekarz, który pomagał innym

W 1946 roku do Polski powrócił jego brat Witold wraz z żoną. Po ukończeniu studiów medycznych i uzyskaniu dyplomu lekarza medycyny został w 1939 roku zmobilizowany do Wojska Polskiego. We wrześniu, wraz z oddziałami polskiego wojska, przedostał się na Węgry, gdzie został internowany.

Podczas pobytu na Węgrzech pracował w szpitalu w Budapeszcie. Tam poznał swoją przyszłą żonę, która również studiowała medycynę. Oboje angażowali się w pomoc Żydom, ułatwiając wielu z nich ucieczkę. Niektórym udało się później dotrzeć aż do Kanady. Po wojnie Witold i jego żona otrzymywali listy z podziękowaniami od osób, którym pomogli w najtrudniejszych chwilach wojny.

Wraz z ewakuacją szpitala trafili do Bawarii w Niemczech. Tam doczekali wyzwolenia przez wojska amerykańskie. Po zakończeniu wojny Witold rozpoczął pracę jako lekarz w jednym z obozów dla uchodźców w Bawarii. Przebywali w nim przede wszystkim Polacy, ale także Białorusini, Litwini i Ukraińcy.

Witold w Kartuzach

W 1946 roku wrócił do Polski i zatrzymał się w przedwojennym mieszkaniu brata w Żarkach. Tam rozpoczął praktykę lekarską. Bardzo szybko zdobył sympatię i zaufanie miejscowej ludności. Jego podejście do pacjentów, wiedza oraz gotowość do niesienia pomocy sprawiły, że cieszył się coraz większym uznaniem.

W 1948 roku Witold przeniósł się do Kartuz. Podobnie jak jego brat, zachwycił się pięknem Szwajcarii Kaszubskiej. Szczególnie pokochał tutejsze jeziora i rzeki, które w tamtych czasach były jeszcze czyste i pełne ryb, zwłaszcza pstrągów. Przyroda Kaszub stała się ważną częścią jego życia.

W Kartuzach rozpoczął pracę jako lekarz Ubezpieczalni Społecznej, a później objął stanowisko kierownika szpitala zakaźnego. W szpitalu tym pracował aż do przejścia na emeryturę w 1978 roku.

Lekarz, któremu ufali mieszkańcy

Nie dane mu było jednak długo cieszyć się zasłużonym odpoczynkiem. Po długiej chorobie zmarł w 1979 roku. Jego odejście było dla mieszkańców Kartuz wielką stratą. Przez lata pracy zdobył zaufanie miejscowej społeczności i opinię znakomitego lekarza oraz prawdziwego społecznika.

Dla Witolda najważniejszy był zawsze człowiek, który potrzebował pomocy. Nie pytał pacjentów, ile mają pieniędzy. Od osób niezamożnych bardzo często w ogóle nie pobierał honorariów, a zdarzało się również, że bezpłatnie przekazywał im potrzebne lekarstwa. Był cenionym diagnostą i terapeutą. Szczególnie często szukali u niego pomocy rodzice ciężko chorych dzieci. Zdarzało się, że do jego gabinetu przychodziły zrozpaczone matki z dziećmi znajdującymi się w bardzo ciężkim stanie, po wcześniejszych, nieskutecznych próbach leczenia. Wiadomość o jego umiejętnościach szybko rozchodziła się po okolicy, dlatego po pomoc przyjeżdżali do niego pacjenci nawet z bardzo odległych miejscowości.

Jego autorytet był tak wielki, że jeszcze wtedy, gdy sam ciężko chorował i leżał na łożu śmierci, zgłaszali się do niego pacjenci z prośbą o wypisanie recepty. W wielu miejscach można było usłyszeć opinie ludzi, którzy twierdzili, że właśnie jemu zawdzięczają życie.

Bracia, których często mylono

W pamięci mieszkańców zachowały się również zabawne sytuacje związane z niezwykłym podobieństwem obu braci. Często ich mylono. Zdarzało się na przykład, że Witolda wzywano do porodu jałówki, podczas gdy jego brata proszono o pomoc chorej kobiecie. Takie pomyłki, choć czasem komiczne, stały się z czasem częścią rodzinnych i lokalnych opowieści.

Witold pozostał w pamięci mieszkańców Kartuz przede wszystkim jako lekarz oddany swoim pacjentom, człowiek skromny i bezinteresowny, dla którego zawód lekarza był przede wszystkim służbą drugiemu człowiekowi. Jego życie – naznaczone wojną, pomocą niesioną prześladowanym, pracą wśród uchodźców, a następnie wieloletnią służbą mieszkańcom Kaszub – stało się świadectwem głębokiego humanizmu i społecznego zaangażowania.

Wacław – lekarz i społecznik

Wacław przez wiele lat pracował jako lekarz weterynarii i pełnił funkcję powiatowego lekarza weterynarii w Kartuzach. Zmarł w 2003 roku w wieku 93 lat. Poza pracą zawodową pełnił liczne funkcje społeczne. Byłem radnym w Miejskiej Radzie Narodowej w Kartuzach w okresie dwóch kadencji; radnym Wojewódzkiej Rady Narodowej w Gdańsku, członkiem Zarządu Wojewódzkiego Komitetu Stronnictwa Ludowego i delegatem na V kongres ZSL w Warszawie.

W uznaniu tej pracy został wyróżniony Złotym Krzyżem Zasługi, Zasłużonym Ziemi Gdańskiej, złotą odznaką za pracę w Zrzeszeniu Lekarzy Weterynarii, oraz dyplomem uznania wydanym przez Ministerstwo Rolnictwa „za wzorową pracę w służbie weterynaryjnej”. Losy braci Danilewiczów są szczególnie wymowne.

Od dzieci syberyjskich do lekarzy z Kartuz

Przeżyli ucieczkę z Łotwy, tułaczkę przez Rosję, głód, wojnę domową, rozłąkę z rodzicami i podróż przez Daleki Wschód. Przeżyli dzięki ludziom, którzy zdecydowali się ratować polskie dzieci, dzięki pomocy Japonii, dzięki opiece podczas podróży i dzięki pracy doktora Józefa Jakóbkiewicza. W Wejherowie otrzymali możliwość nauki i rozpoczęcia normalnego życia. W czasie dorosłego życia związali się z Kartuzami, gdzie przez wiele lat służyli innym. Historia ich życia pokazuje więc, że pomoc udzielona dziecku nie kończy się w momencie uratowania go z niebezpieczeństwa.

Relacja Ewy Wojtkielewicz, córki Wacława Danilewicza, pozwala spojrzeć na historię Dzieci Syberyjskich z niezwykłej perspektywy. Nie jest to już tylko historia liczb, transportów i dat. Za każdym dzieckiem stała konkretna rodzina. Za każdym wyjazdem stało pożegnanie z matką. Za każdym uratowanym dzieckiem kryła się nadzieja rodziców, że kiedyś ponownie się spotkają. A za dorosłym człowiekiem pozostawała pamięć o dzieciństwie, którego nie dało się wymazać. Wacław Danilewicz zachował tę pamięć aż do śmierci. Dzięki wspomnieniom jego córki oraz rozmowie przeprowadzonej przez Barbarę Kąkol jego historia może dziś stać się częścią pamięci o Dzieciach Syberyjskich – dzieciach, które przeżyły dzięki pomocy wielu ludzi, a przede wszystkim dzięki niezwykłej decyzji Japonii, by otworzyć przed nimi swoje drzwi.

Źródło relacji rodzinnej: wywiad Barbary Kąkol z Ewą Wojtkielewicz, córką Wacława Danilewicza

Czytaj nas w Google
Dodaj do Google
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Kartuzy.info




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości